Nowy „Wóz Drzymały”, czyli krótka notka o obejściu prawa na przykładzie Polski i… Boliwii

0
34
woz-drzymaly

W serwisie Mistrzowie natrafiłem na załączone zdjęcie i obudziło się we mnie prawnicze zwierzę. Zacząłem analizę i szybko uznałem, że to wdzięczny temat na wpis.
Czy i ewentualnie jak radzi sobie prawodawstwo z takimi sytuacjami i dlaczego jest to zjawisko niebezpieczne na przykładzie Boliwii?

REKLAMA

Jako że najswobodniej czuję się w prawie cywilnym, to moja pierwsza refleksja popłynęła w kierunku przepisu wytrychu- przepisu, który często jest przez prawników nadużywany, zwłaszcza kiedy brak innego pomysłu na sprawę. Przywitajcie „piątkę”, czyli art. 5 Kodeksu cywilnego. Oto jego treść: „Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony”.

Tłumacząc to z prawniczego na nasze: jeśli tylko pozornie, formalnie działasz zgodnie z ustawą, ale w istocie czynisz coś zupełnie innego, co jest zakazane albo wykorzystujesz to prawo w sposób, który jest niezgodny z jego funkcją, to twoje działanie nie jest legalne. Tyle teorii (podanej w niezbędnym uproszczeniu), a teraz wróćmy do przykładu.

Oceniając zatem mema z tej perspektywy (ale nie oceniając sytuacji faktycznej danego lokalu), to jeśli w sposób oczywisty omijasz prawo poprzez prawny „kruczek”, czyli udajesz, że przyjmujesz gościa hotelowego, a uruchamiasz restaurację, to może być to uznane za działanie bezprawne. Przytoczona sytuacja wymaga dokładnej analizy, ale najpierw (bo już nie mogę się doczekać!) przykład o większej wadze, bo dotyczący instrumentalnego traktowania przepisów przez polityków. Dokładnie przez polityka boliwijskiego.

Du-Monde-Dans-L'Objectif
Photo credit: Du Monde Dans L’Objectif on VisualHunt.com / CC BY-NC-ND

Co ma do tego wspomniana Boliwia?

Na przykładzie Boliwii pokaże Wam, jak niebezpieczne jest, kiedy do obejścia prawa dochodzi na szczytach władzy. Uznałem, że takie odniesienie będzie po pierwsze ciekawe przez samo odwołanie do tak egzotycznego, z naszego punktu widzenia, kraju, a po drugie nie będzie w nim ładunku emocjonalnego, który mógłby zaburzyć percepcję, gdyby użyć przykładu z naszego podwórka. Wszelkie ewentualne podobieństwa do sytuacji w Polsce są oczywiście absolutnie niezamierzone i przypadkowe… 

Na wstępie zaznaczę, że cała moja wiedza o tej sytuacji pochodzi ze znakomitego podcastu Macieja Okraszewskiego „Dział zagraniczny” – tytuł odcinka: „Dlaczego w Boliwii wszyscy sobą gardzą” – serdecznie polecam.

Boliwią od wielu lat rządził niejaki Evo Morales (tak to ten przystojniak ze zdjęcia), który pełnił zaszczytną funkcję prezydenta.
Prezydent Morales kierował Boliwią od 2006 r., ale w 2019 r. kończyła mu się oficjalnie druga kadencja (tak naprawdę czwarta, ale wcześniej przez zmianę Konstytucji udało mu się wyzerować licznik).

W każdym razie boliwijska Konstytucja (podobnie jak polska) pozwala pełnić funkcję prezydenta przez dwie kadencje.
Panu Evo przestało to odpowiadać, bo na pewno uważał, że nie ma lepszego kandydata. Z absolutnie bezinteresownej miłości do Boliwii, która zasługiwała na najlepszego prezydenta, zaczął kombinować. Na początek zorganizował referendum w tej sprawie, ale nieoczekiwanie minimalnie je przegrał.

Wtedy do akcji wkroczyli jego prawnicy z pozornie genialnym pomysłem, który – uprzedzając fakty – jest według mnie kwintesencją nadużycia, czy też omijania prawa.

W prawie boliwijskim istnieje bowiem zasada, której cele są z pewnością szlachetne i dobre: jeśli w ratyfikowanym prawie międzynarodowym jakieś prawo człowieka jest chronione lepiej niż wynika to z prawa boliwijskiego, to pierwszeństwo ma to prawo międzynarodowe.
Intencja jest zapewne dla każdego jasna: więcej wolności, uprawnień i ochrony praw dla każdego obywatela. Teoretycznie daje to Boliwijczykom co najmniej taką ochronę praw człowieka, jaką zapewnia prawo międzynarodowe, a więc prawo krajowe może dać tylko jeszcze więcej wolności lub ochrony.

Pan Morales uznał wobec tego, że zapis Konstytucji, który pozwala na tylko dwie kadencje godzi w jego prawa i powoduje, że on bidulek jest pokrzywdzony przepisami prawa krajowego. Zwykły Jose Arcadio Morales (pozdrawiam fanów Kilerów 2-óch) może być prezydentem, a niezwykły Evo Morales już nie. Dyskryminacja.

Posłowie jego partii złożyli odpowiedni wniosek do boliwijskiego Trybunału Konstytucyjnego, który wcześniej – tak się dziwnie składa – był już kontrolowany przez rząd, a więc został obsadzony przez – nazwijmy to eufemistycznie – właściwych ludzi. Trybunał ten, w majestacie prawa i z zachowaniem wszelkich procedur uznał, że zaiste panu Moralesowi dzieje się krzywda i ogranicza się jego prawa do równego udziału w działalności publicznej, czy też politycznej. Powołano się nawet na konkretny akt prawa międzynarodowego, a więc pakt z San Jose, który zapewnia każdemu równe prawo do uczestniczenia w życiu politycznym.

Ten cyniczny wybieg pozwolił panu Moralesowi wystartować w kolejnych wyborach, co ostatecznie doprowadziło do wielkiego chaosu w Boliwii. Dalszą część tej fascynującej historii poznacie w rzeczonym podcaście – ja tylko zdradzę, że Evo wygrał wybory, a pomimo tego nie jest już prezydentem, ale za to musiał uciekać z Boliwii.

Wróćmy do analizy sytuacji hotelu/restauracji, żeby zobaczyć jak subtelna można być różnica pomiędzy działaniem zgodnym z prawem, a działaniem pozornie legalnym.

Zwróćcie uwagę, że w opisanej sytuacji faktycznie dochodzi do najmu pokoju (chociaż tylko po to, aby skorzystać z restauracji), ale wobec faktu, że goście zjedzą posiłek w pokoju, to trudniej się przyczepić. Dlaczego?

Dlatego, że celem zakazu nie jest to, aby ludzie nie jedli posiłków z restauracji w ogóle, tym bardziej że dopuszczono zamawianie posiłków na wynos.

Celem tym jest, a w zasadzie było, bo to już nieaktualny problem, aby ludzie nie gromadzili się w jednym miejscu, w większej liczbie. Przez ten sprytny zabieg ten hotel, według mnie, nie „obchodził” celu zakazu, bo ludzie dalej są w małej grupie i na przykład rodzina spożywała w ten sposób niedzielny posiłek. No chyba, że do pokoju wpuszczono by większą liczbę znajomych. Myślę, że rozumiecie jak drobne różnice mogą tu zmieniać ocenę sytuacji.

Choć opisana instytucja nadużycia prawa podmiotowego jest instytucją prawa cywilnego, to i pozostałe gałęzie prawne, z prawem administracyjnym na czele, radzą sobie z tym problemem.

W taki sposób prowadzono choćby walkę z podmiotami sprzedającymi dopalacze. Podmioty te specjalizowały się w omijaniu prawa, poprzez działanie pozornie legalne i poprzez wynajdowanie luk w obowiązującym prawie.

Najbardziej znaną metodą była minimalna zmiana składu chemicznego sprzedawanych substancji, w odpowiedzi na kolejne aktualizacje listy środków zakazanych. Przypominam też, że oficjalnie podmioty te sprzedawały „przedmioty kolekcjonerskie”, które rzekomo nie służyły do spożywania.

Jak prawie wszystko na tym łez padole, opisane zjawisko ma dwa oblicza: negatywne, które chyba dość klarownie przedstawiłem, ale i pozytywne. Nie tylko historycznie zdarza się nam mierzyć bowiem z regulacjami niesprawiedliwymi i po prostu głupimi.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o