Amerykanie w Żaganiu

0
63

Amerykanie przyjechali do Polski w związku z sytuacją na Ukrainie, czyli w związku z zaatakowaniem przez Rosję kraju, który nie tylko jest sąsiadem Polski (czyli sąsiadem NATO), ale także kraju, który gdzieś tam leży w kręgu zainteresowania Paktu Północnoatlantyckiego. Rosja to doskonale rozumie i reaguje w czytelny sposób, czyli dozbraja swoje wojska w rejonie Kaliningradu i przy granicy z Białorusią oraz wydaje ostrzegawcze komunikaty o tym, że nie będzie tolerowała gromadzenia w Polsce wojsk NATO. To zresztą oznacza, że Rosja Polski i polskiej armii nie traktuje zbyt poważnie, bo nasz kraj wszedł do NATO w 1998 roku i od tego czasu wojsko NATO (czyli wojsko polskie) jest w naszym kraju. W związku z całą tą sytuacją mam jednak kilka zdziwień i kilka refleksji wynikających być może z tego, że w sprawach obronności jestem całkowitym laikiem. (Nie byłem w wojsku, nie pasjonuję się wojskowym sprzętem i nie marzę o tym, żeby sobie trochę postrzelać).
A zatem, po pierwsze, rotacyjność pobytu Amerykanów. Oni do nas nie przyjechali na stałe, ponieważ mają umowę z Rosją, umowę sięgającą jeszcze czasów Jałty, że ich tu nie będzie. Zatem przyjechali tu na chwilę i zaraz pojadą. Czy przyjadą ponownie, tego nie wiadomo, bo w ogóle nie wiadomo, jakie będą Stany Zjednoczone pod prezydenturą Donalda Trumpa. Swoją drogą to ciekawe, jak mocne są te jałtańskie ustalenia sprzed ponad 70 lat, skoro na przykład budapesztańskie ustalenia z 1994 roku gwarantujące Ukrainie stałość granic, a podpisane też przez Rosję, USA i Wielką Brytanię (jałtańska trójka) dzisiaj wyglądają na raczej nieważne.
Po drugie: Żagań. Amerykanie przyjechali tam dlatego, że tam jest infrastruktura pozwalająca przyjąć wojsko. Infrastruktura budowana przed laty za czasów Układu Warszawskiego, kiedy wrogiem było NATO. Dlatego z Żagania jest blisko do naszej zachodniej granicy i dość daleko do wschodniej, a już naprawdę daleko do czegoś, co jest najsłabszym punktem na wschodzie (powtarzam, co przeczytałem), czyli do „przesmyku suwalskiego”.
Po trzecie: Amerykanie przyjechali do kraju, który zrywa umowy na dostawę sprzętu wojskowego. Co prawda, zrywa je z firmą europejską, czego beneficjentem być może będą firmy amerykańskie, ale fakt jest faktem, że takiemu partnerowi jak Polska dosyć trudno jest ufać.
Po czwarte: wartość naszej armii została ostatnio mocno obniżona i to nie przez Rosjan, ale przez odejście w stan spoczynku wszystkich najważniejszych generałów, którzy do niedawna brali udział w ważnych dla NATO manewrach „Anakonda” i w których wyszkolenie NATO zainwestowało ogromne środki. Jako laik nie wiem na pewno, dlaczego generałowie odeszli, ale słyszę, że nie układały im się stosunki z panem ministrem obrony narodowej i jak znam pana ministra, plotki te mają chyba mocne podstawy.
Tenże minister, i to jest po piąte, z ogromnym zaangażowaniem i niezwykłą determinacją tworzy właśnie w całym kraju wojska obrony terytorialnej. Przy czym wojska takie w żaden sposób nie są w stanie przeciwstawić się wyszkolonej armii wroga, z powodzeniem natomiast można ich używać przeciwko cywilom. Dodajmy polskim cywilom, bo w naszym kraju innych cywilów nie ma. Gdyby z takim zaangażowaniem pan minister budował infrastrukturę militarną na Podlasiu, to za kilka lat żołnierze amerykańscy mogliby przyjeżdżać nie do Żagania, ale na przykład do Dąbrowy Białostockiej albo do Hajnówki.
Po szóste wreszcie (i ostatnie), nie wiem, jak będzie wyglądała następna wojna, ale jakoś dziwnie jestem przekonany, że będzie ona inna niż ta, której Polska doświadczyła w 1939 roku. Ostatnio kablówka mi nawaliła i przez cztery godziny nie miałem ani programu telewizyjnego, ani dostępu do Internetu. Moja bezradność w tej sytuacji dała mi trochę do myślenia. I tak sobie myślę, że gdyby miała się zacząć jakaś wojna, to najpierw zostanie sparaliżowana sieć, radio i telewizja. A na to nie zaradzą Amerykanie w Żaganiu.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o