Bez wizji

0
53
REKLAMA

Nasz egoizm ma silne podstawy historyczne, bo z perspektywy czasu widać jak na dłoni, że to właśnie Polska była jednym z najbardziej przegranych II wojny światowej. Wsparliśmy sojuszników armiami walczącymi na różnych frontach, podpisaliśmy z nimi stosowne ustalenia, które w końcówce wojny zostały przez sojuszników złamane – najpierw w Teheranie, a potem w Jałcie. W efekcie utraciliśmy znaczną część terytoriów, dostając nowe na zachodzie. Tyle że dziś mało kto pamięta, że aż do lat 70 mieszkańcy tak zwanych Ziem Odzyskanych w zasadzie cały czas siedzieli na walizkach, bojąc się, że w każdej chwili mogą wrócić Niemcy. Inne kraje regionu oczywiście też ucierpiały. Łotwa, Litwa i Estonia utraciły jakąkolwiek państwowość. Węgry, które wojnę przeszły jako sojusznicy Hitlera, wpadły w szpony ZSRR, podobnie jak Czechosłowacja, Rumunia i Bułgaria, ale wszystkie te kraje nie były tak zrównane z ziemią jak my.
Nominalnie przegrani, czyli Niemcy i Austria szybko się podniosły, głównie za sprawą planu Marshalla, ale także dlatego, że niedawni sojusznicy się wzięli za łby, rozpoczynając zimną wojnę. Wszystko to, co się działo w Europie w końcówce tamtego i na początku tego wieku, gdzieś w tle miało ideę wyrównywania niezawinionych nierówności.
Nie można też zapominać o stronie biznesowej zjednoczenia Europy. To wcale nie było tak, że przekazywane nam pieniądze płatników, czyli krajów utrzymujących UE, wpadały na wschodzie Europy w jakąś czarną dziurę. Ktoś wyliczył, że każde euro zapłacone przez Niemcy wracało tam w postaci 60 centów. A dziś w kryzysie, to Niemcy są jedynym krajem, który na kryzysie zarabia, gdyż niemieckie obligacje mają minusowe oprocentowanie. To znaczy, że gdy ktoś kupi niemieckie papiery dłużne za milion euro, to za dwa lata Niemcy je wykupią taniej o 200 tysięcy. W tych zwariowanych czasach lepiej jest stracić w Niemczech 200 tysięcy niż połowę albo nawet i wszystko w Grecji.
Europa od kilku lat żyje w sporze, czy więcej wydawać, czy ciąć wydatki. Racje są po obu stronach. Oto słyszę, że cała Portugalia wyda na świąteczny wystrój miast tyle, ile dwa lata temu wydawała sama Lizbona. Na pierwszy rzut oka to dobrze, bo po co wydawać pieniądze na świecidełka. Ale te świecidełka ktoś produkuje, z ich zawieszania na domach i drzewach żyją firmy i zatrudniani w nich ludzie. Jeżeli w tym roku firmy nie będą miały pracy, to mniej zarobią, wpłacą mniejsze podatki, a pracownicy mniej wydadzą na rynku.
Można więc ciąć wydatki, ale rozumnie. I o tym wszystkim na szczytach się rozmawia, tyle tylko, że jeszcze kilka lat temu rozmawiało się o tym, mając z tyłu głowy jakiś cel, a konkretnie silną i spójną Europę. Swego rodzaju raj na ziemi. Dziś to zniknęło. Jest tylko strach przywódców o własne stołki.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o