Boimy się wspólnej waluty

0
38
REKLAMA

Największym problemem postrzegania wspólnej waluty jest to, że właśnie przechodzi ona największy kryzys w swojej historii. Ściślej: wszystko wskazuje na to, że przechodziła, że najgorsze ma już za sobą. Nie zmienia to jednak faktu, że w społecznej świadomości nie kojarzy się ona dobrze. Kryzys, wzrost bezrobocia, wyhamowanie gospodarek to wszystko jest oczywiście czymś, czego nie chcemy. A właśnie tak się działo i wciąż jeszcze dzieje się, w strefie euro. I takie informacje docierają za pomocą mediów do nas.
Tymczasem sprawa nie jest taka prosta. Zresztą kiedyś już o tym pisałem na łamach „Temi”. Problemem nie jest to, że euro jest złe, tylko to, że nie respektowano wszystkich tych rzeczy, które o jego stabilności miały stanowić. Teraz, dzięki kryzysowi, który wymusił odpowiednie reformy, powinno się to zmienić.
Co do pytania, czy nam się opłaca przyjmować wspólną walutę, to żadnych wątpliwości nie ma. Wszystkie poważne analizy mówią o tym dość jednoznacznie. Jeśli wzrost gospodarczy dzięki euro może przyspieszyć nawet o punkt procentowy rocznie, to sprawa jest jasna: biorąc pod uwagę kwestie ekonomiczne, powinniśmy euro przyjąć. Oczywiście pod warunkiem że strefa euro będzie mocna i że będziemy do tego odpowiednio przygotowani, czyli upodobnimy się do gospodarek strefy.
Wydaje się, że pierwszą kwestię możemy dość precyzyjnie ocenić. W ciągu kilku najbliższych lat okaże się, czy reformy zarządzone w strefie euro okazały się wystarczające. O wiele bardziej skomplikowaną sprawą jest osiągnięcie poziomu naszej gotowości. Nie tylko ze względu na konieczność wysiłku choćby w kwestii reform finansów publicznych, ale także, a może przede wszystkim, zbliżenia naszej gospodarki do gospodarek strefy euro. Bo co to tak dokładnie znaczy, że powinniśmy się odpowiednio przygotować? Jak przybliżyć się, upodobnić się, na przykład, jeśli chodzi o poziom dochodu na mieszkańca? Jaki dokładnie poziom tego wskaźnika mamy osiągnąć? Albo inaczej: do kogo się mamy bardziej upodobnić, do Niemiec czy do Włoch, bo różnice są dość wyraźne. I ta kwestia z pewnością wymaga analiz.
Jest jeszcze jeden problem postrzegania euro w Polsce. Stało się bowiem ono narzędziem politycznym. Straszy się nim nie na bazie jakichś badań, tylko domysłów, ewentualnie pokazuje się błędy, które popełniono w czasie tworzenia Eurostrefy, ale z którymi dzisiaj jesteśmy w stanie sobie poradzić. Sztandarowym hasłem nielubiących wspólnej waluty jest na przykład wskazywanie na wzrost inflacji, wynikający z jej przyjęcia. Tymczasem w kraju, który ostatni przyjmował euro, czyli na Słowacji, żadnego istotnego, w sensie niebezpiecznego, wzrostu inflacji nie zaobserwowano. Tak na marginesie: gorzej się już nie dało, jeśli chodzi o wybór terminu wejścia Słowacji do strefy. Nasz południowy sąsiad zmieniał walutę w apogeum światowego kryzysu. I mimo to, z perspektywy tych czterech lat, w zasadzie nikt już nie kwestionuje tezy, że się im to opłacało.
I to są dwa problemy: ustawiczne mówienie o kryzysie strefy euro bez wystarczającego wskazywania powodów tego kryzysu i wykorzystywanie tematu wspólnej waluty w debacie politycznej. Czy w takiej sytuacji można się dziwić, że Polacy się euro boją?
I jeszcze jedna uwaga. Ostatnie tygodnie przyniosły nam intensyfikacje dyskusji publicznych na temat perspektyw wprowadzenia w Polsce euro. Mieliśmy już kilka debat pomiędzy specjalistami. Zastanawiam się jednak jaki ma być ich cel? Bo trochę wygląda to tak, jakby przekonani przekonywali przekonanych. Przeciętny Kowalski nic z tego nie ma, bo niewiele z tego zrozumie. A jeśli dyskusje te mają prowadzić do przygotowania jakiegoś technicznego programu przyjęcia wspólnej waluty, to powinien się tym zająć odpowiednio umocowany przepisami, działający w zaciszu gabinetów zespół, a nie konferencje toczące się przed opinią publiczną. Narodowi trzeba prosto, po polsku, wytłumaczyć, czy jest się czego bać, czy też nie. A jeśli jest, to dlaczego warto brać na siebie ryzyko i jak je minimalizować.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o