Budżet na 2021 rok

0
37
REKLAMA

Marek ZuberRząd przyjął założenia do budżetu na rok 2021. Oczywiście to także, jak w roku 2020, jest budżet kryzysowy, polska gospodarka nie wróci do poziomu z 2019 roku. Jednak widać też na jego przykładzie koszty związane z pomysłami socjalnymi ostatnich lat.

Tydzień temu pisałem o nowelizacji budżetu na rok 2020. Wskazywałem, że deficyt budżetowy jest olbrzymi i w zasadzie porównywalny jedynie ze słynną „dziurą Bauca”. Teraz okazuje się, że 2020 nie będzie wyjątkiem. Oczywiście nie jest to żadne zaskoczenie dla kogoś, kto po prostu liczy. Mogliśmy się jedynie zastanawiać nad tym, jak pokazana zostanie dziura w finansach państwa, dziura, która została wygenerowana skutkami koronawirusa. Pewne wydatki można bowiem przenosić, inne przyspieszyć. No i jest jeszcze kwestia kreatywnej księgowości, o której też wielokrotnie pisałem. Część długu można pokazać wprost, a część w taki sposób, aby zgodnie z polskim prawem formalnie nie zwiększał on deficytu całego sektora finansów publicznych. Zgodnie z polskim prawem, bo Komisja Europejska, czy analitycy oceniający sytuację i tak pokażą to, co będzie bliższe prawdy. To znaczy rzeczywistej dziury w finansach całego państwa.

REKLAMA

A zatem rząd planuje przyszłoroczny deficyt na poziomie ponad 82 mld złotych, czyli niecałych 4% PKB. Przypomnę: dziura Bauca to było 85 mld złotych. Jasne, że czasy nie te, wielkość gospodarki nie ta, ale jednak wielkość robi to wrażenie. Wzrost gospodarczy ma być na poziomie 4%, a inflacja średnioroczna na poziomie 1,8%. Co do pierwszej wielkości nie mam zastrzeżeń, zresztą naprawdę trudno jest dzisiaj cokolwiek mówić, wciąż nie mamy przecież pewności, jak będzie wyglądała sytuacja choćby pod koniec tego roku w kwestii ograniczania aktywności gospodarczej. Raczej nikt nie oczekuje dzisiaj takiego mrożenia gospodarki, jak w kwietniu i w maju. Ale jednak jakieś obszary mogą ucierpieć. No i nie wiemy, co zrobią na przykład Niemcy, a to będzie miało na nas wpływ. Mam wątpliwości co do inflacji, zgłaszam je zresztą od półtora roku, w kontekście oficjalnych prognoz. Także Narodowy Bank Polski od dłuższego czasu wierzy w spadek dynamiki CPI. Póki co, jak pamiętamy, w lutym zanotowaliśmy prawie 5% w ujęciu rocznym, czyli te prognozy się nie sprawdzały. Oczywiście zgadzam się z tym, że możemy zobaczyć pewne procesy, które wyhamują wzrost cen. Choćby spadek dynamiki wynagrodzeń. Ale i tak, moim zdaniem, rządowe założenia inflacyjne na rok 2021 są dość optymistyczne. Także w kontekście procesu drukowania złotego, który de facto obserwujemy.

To co cieszy to fakt, że rząd przedstawił wreszcie formalne założenia dotyczące wielkości deficytu całego sektora finansów publicznych. Podobno to wynik ustaleń prowadzonych z GUS. Tak czy inaczej, prognoza mówi o 12% deficytu w tym roku i 6% w przyszłym. To te wielkości, które możemy porównywać z 3% narzucanymi przez Komisję Europejską. Widać więc z jaką potężną dziurą mamy do czynienia. Jeszcze raz przypomnę, że dotychczas maksymalny poziom ostatnich trzydziestu lat, nieco powyżej 8%, odnotowaliśmy w roku 2010.

Konsekwencją tak dużych deficytów całego sektora finansów publicznych będzie przekroczenie poziomu 60% długu w stosunku do PKB. Po raz pierwszy w historii. W tym roku miałoby to być 62,2% w przyszłym 64,7%. I to też nie jest zaskoczeniem. To oznacza wzrost o dwadzieścia punktów procentowych w ciągu dwóch lat. Moim zdaniem może być nawet jeszcze gorzej. Ale, co też już kilkukrotnie podkreślałem, nikt się o to na Polskę nie obrazi, choć pewnie formalnie zostaniemy przez Komisję Europejską wciągnięci w procedurę nadmiernego deficytu. Ale wszyscy potężnie zwiększają długi. Najważniejsze jest to, żeby pokazać program ograniczania tego narastania w następnych latach.
Oczywiście głównym powodem pogorszenia sytuacji finansów publicznych jest koronawirus. Ale musimy odnotować również to, że w ciągu tych dwóch lat około 130 mld złotych to wydatki wynikające z pomysłów ostatniego okresu. Na przykład programu „500+”. Nie tylko koronawirus zatem jest przyczyną tak potężnego wzrostu długu. Wzrost sztywnych wydatków także. Możemy dyskutować, czy warto było je wprowadzić, czy nie, ale trzeba sobie z tego zdawać sprawę.

A tak przy okazji to Mateusz Morawiecki znowu, niestety, minął się z prawdą. W jednym z wywiadów powiedział bowiem, że deficyt budżetowy w roku 2021 będzie na poziomie takim, jak odziedziczony po Platformie Obywatelskiej. „Trzy i pół, niecałe cztery procent w czasie, gdy nie było koronawirusa”. Nie wiem, po co urzędujący premier stosuje takie chwyty. Pewnie dlatego, że mało komu chce się sprawdzać liczby. Faktem jest, że deficyt, jaki przejął PiS od poprzedników, był zdecydowanie niższy. W roku 2014 było to bowiem 2,3% PKB, a w roku 2015, nieznacznie jeszcze „dotkniętym” przez nowy rząd, 2,1% PKB. Wcześniej było więcej, ale pamiętajmy, że poprzednicy także zderzyli się z kryzysami. Najpierw światowym lat 2008 – 2009, a potem strefy euro lat 2012-2013. Oba wyhamowały poważnie polską gospodarkę. Oczywiście nie tak bardzo, jak koronawirus, ale jednak. Potem przyszedł fantastyczny okres koniunktury dla całej Europy środkowo-wschodniej w czasie, którego wciąż odnotowywaliśmy dziurę i w budżecie centralnym i w całym sektorze finansów publicznych. W przeciwieństwie do wielu innych państw Starego Kontynentu.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o