Ceny paliw w dół

0
60
REKLAMA

Pamiętacie Państwo rozpoczęcie wojny w Iraku? Albo Wiosnę Ludów w Libii czy Egipcie? Każde z tych wydarzeń dość mocno pociągnęło w górę cenę ropy na rynkach światowych. Mało tego: historia pokazuje, że bardzo często nie musi dojść do wybuchu jakiegoś konfliktu czy wojny w rejonie, w którym wydobywa się ropę. Wystarczy zagrożenie takowym i ceny już rosną. Podobnie działa niebezpieczeństwo wystąpienia jakiegoś naturalnego kataklizmu, na przykład huraganowego wiatru, w okolicach eksploatacji złóż. Od razu obserwujemy zmianę notowań. Wszystko w imię teorii, że skoro jest zagrożenie, to znaczy, że ropy może być mniej. No, a jak jej będzie mniej, to, co niby oczywiste, jej cena musi wzrosnąć. Bo przecież tak mówi mechanizm rynkowy, tak głosi prawo popytu i podaży.
Tyle tylko, że zazwyczaj w praktyce wcale jakiegoś poważnego zagrożenia niedoborem nie ma. Po pierwsze dlatego, że ewentualny spadek produkcji może być niewielki. A po drugie i najważniejsze, że inni wytwórcy są w stanie zasypać dziurę, która powstałaby na skutek ograniczenia produkcji przez tego, kto ma jakieś kłopoty. Oczywiście teoretycznie inni producenci nie muszą zwiększać produkcji, ale z drugiej strony nie raz już obserwowali, że jak cena przesadnie wzrośnie, to po prostu dojdzie do obniżenia popytu. Za wysoka cena skutecznie może odstraszyć odbiorców, ograniczając sprzedaż. Nie mówiąc już o tym, że najwięksi konsumenci, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, mają swoje sposoby wymuszania wzrostu produkcji wtedy, kiedy jest on potrzebny.
Skąd zatem wzrost cen w odpowiedzi na jakieś niepokojące informacje? Oczywiście wszystko za sprawą spekulantów. Oni wmawiają nam różne rzeczy i eskalują napięcie. Dla nich ruch to szansa na większe zyski. Oczywiście najczęściej ten ruch jest krótkotrwały. Ale to wystarczy, by zarobić.
Teraz jest jednak inaczej. Mamy wojnę rosyjsko – ukraińską, która komplikuje relacje miedzy Rosją a światem Zachodu. Z ryzykiem destabilizacji dostaw ropy. Mamy wojnę w Iraku z potencjalnym przejęciem kontroli nad częścią irackiego imperium naftowego przez ekstremistów islamskich. Mamy zaognienie sytuacji w Palestynie, które, przynajmniej teoretycznie, też może grozić rozlaniem się konfliktu na inne kraje producentów ropy. Mamy wreszcie wojnę domową w Syrii. I co? I nic! A nawet więcej: ropa tanieje. Możemy to zresztą zaobserwować na własnej skórze, widzimy przecież spadające ceny na stacjach benzynowych i to pomimo wzrostu wartości USD w stosunku do złotego. A w USD, jak wiemy, płacimy za ropę.
Co się zatem takiego dzieje? Czy jest to taktyka Zachodu, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, który chce obniżyć ceny, żeby zmniejszyć wpływy do rosyjskiego budżetu? Czy jest to działanie innych producentów, na przykład Arabii Saudyjskiej, która boi się, że wyższe ceny odbiją się na popycie,choćby z uwagi na hamowanie dopiero co odbudowującej się światowej gospodarki? A może to USA naciskają na producentów, żeby nie dopuścić do wzrostu cen w imię dbania w wzrost gospodarczy? Czy znaczenie ma fakt, że doszło do zmiany układu sił głównie ze względu na zasoby łupkowe w Stanach? Czy inni producenci boją się, że w przypadku niekorzystnego kształtowania się cen, czyli ich wyraźnego wzrostu, USA mogą zwiększyć swoją produkcję przynajmniej dla własnych potrzeb, a to wyraźnie obniżyłoby zakupy w innych krajach? Pewnie każdy z tych czynników ma jakieś znaczenie. Tak czy inaczej cieszmy się z faktu, że teraz możemy taniej jeździć. Być może będzie jeszcze lepiej, bo prognozy mówią o kontynuacji spadku cen. A największym zagrożeniem dla takiego scenariusza jest ewentualna dalsza eskalacja konfliktu z Rosją. Gdyby doszło do blokady dostaw rosyjskiej ropy, to jednak, moim zdaniem, ceny by wzrosły. Choć zapewne nie na długo. Ale trzeba nadmienić, że blokada tych dostaw nie jest z pewnością scenariuszem najbardziej prawdopodobnym.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments