Cięcia i wzrost gospodarczy

0
72
REKLAMA

Niektórzy mówią tak: przez te całe cięcia będziemy teraz mieli recesję. Przecież mniej pieniędzy wydawanych przez państwo, na administrację, inwestycje infrastrukturalne, remonty szkół itd., to mniejszy popyt. A mniejszy popyt to hamowanie gospodarki. Rzeczywiście jest to prawda. Takie działania doprowadzą w krótkim okresie do ograniczenia wzrostu gospodarczego. A w wielu przypadkach skończy się to, lub już się skończyło, wręcz recesją. Problem w tym, że innego wyjścia nie ma.
Nawet jeśli uznamy, że powinno się teraz zwiększać wydatki, to pozostaje pytanie, skąd wziąć na to pieniądze? Pożyczać się już więcej nie da, bo nie ma od kogo. Nawet w najważniejszych i znacznie lepiej ocenianych niż Grecja państwach strefiy euro zwiększenie deficytów budżetowych zostałoby przyjęte fatalnie. A to znaczy, że państwom tym trudniej byłoby sprzedawać obligacje, czyli pożyczać pieniądze na finansowanie dziur w budżetach. Trudniej oznacza, że musiałyby za te obligacje więcej płacić. Czyli innymi słowy, jeśli już ktoś zdecydowałby się na pożyczenie pieniędzy, chciałby za to większy procent. I nie mówię tu o jakichś kosmetycznych ruchach. Rentowności obligacji mogły wzrosnąć nawet kilkukrotnie. Jeśli ktoś w to nie wierzy, niech prześledzi zmiany rentowności obligacji hiszpańskich, portugalskich czy włoskich w 2011 roku.
„No i co z tego? ” – może ktoś zapytać. Ano to, że pieniądze na odsetki od obligacji trzeba gdzieś znaleźć. Oczywiście jedyną możliwością jest znalezienie ich w budżetach państw. Inwestorzy są tak nerwowi i tak bardzo stracili zaufanie do polityków, że mogłoby się okazać, iż środki, które dodatkowo trzeba by było wysupłać, byłyby większe niż zwiększenie deficytu budżetowego, które miałoby pomagać gospodarce. A zatem wszystko skończyłoby się kompletną klapą.
Jeśli ktoś mi jeszcze nie wierzy, to konkretny przykład. W zeszłym roku wydaliśmy na odsetki, my Polska, 37, 5 mld złotych. Było to prawie 15 proc wszystkich dochodów do budżetu. Gdyby koszty obsługi długu wzrosły dwukrotnie, a taką sytuację mieliśmy we Włoszech w okresie między końcem 2010 roku a końcem 2011 roku, oznaczałoby to konieczność znalezienia kolejnych 37 mld. Skąd? Dobre pytanie….
Mamy oczywiście również inne pomysły na znalezienie pieniędzy, jak choćby ich drukowanie albo wprowadzenie podatków dla najbogatszych. Prawda jest jednak taka, że te rozwiązania bez porządkowania wydatków i tak nie spotkają się z wystarczająco dobrym przyjęciem inwestorów. A zatem być może drukowanie, jako akt jednorazowy i nadzwyczajny, miałoby sens, zresztą dwie pożyczki udzielone przez Europejski Bank Centralny bankom komercyjnym idą w tym kierunku, ale najpierw trzeba zrobić porządki. I robienie tych porządków właśnie obserwujemy.
Oczywiście działania pro wzrostowe są potrzebne. Może to być na przykład porządkowanie przepisów dotyczących rynku pracy, łatwości tworzenia nowych firm, ograniczenia biurokracji. A potem, kiedy sytuacja budżetów nieco się poprawi, także konkretne wydatki choćby na wspomaganie innowacyjności. I z pewnością fakt, że takich konkretnych poważnych działań czy planów działań nie ma, jest największą słabością strategii ratowania strefy euro. Miejmy nadzieje, że to się zmieni.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o