Czarnowidztwo

0
68

No właśnie. O tym, że nasza gospodarka wpadnie w tarapaty, słychać było już pod koniec pierwszego kwartału 2011. Najpierw pogrążyć nas miała gospodarka USA, i nie tylko nas zresztą. Dramatyczna recesja 2011 roku, która miała dotknąć największą gospodarkę świata, powinna się przecież rozlać na wszystkich. Problem w tym, że do recesji, ku niezadowoleniu czarnowidzów, nie doszło. Jednak ci, którzy wieszczyli kataklizm, nawet się nie zająknęli, tylko znaleźli nową przyczynę dramatu: strefa euro. To jej rozpad pociągnie nas za sobą. Ale niestety, póki co, znowu nic. Już w trzecim kwartale ubiegłego roku mieliśmy odczuć dramatycznie tąpnięcie, minął czwarty i dalej rozwijamy się w tempie czterech procent. Będzie gorzej? Pewnie tak. Ale od „gorzej” do „dramat” są lata świetlne.
Złoty się umacnia: dramat. Bo przecież eksporterzy nie są w stanie konkurować. Złoty się osłabia: też dramat, tym razem ze względu na kredytobiorców. Stopy procentowe spadają: dramat, bo oprocentowanie lokat idzie w dół i nie opłaca się już trzymać pieniędzy w banku. Stopy rosną: dramat, bo kredyty drożeją. Ciągle źle. Myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, ale jednak. Zima się spóźnia: dramat! No przecież tu powinny być same plusy! Nie trzeba wydawać pieniędzy na odśnieżanie, można dłużej budować, także autostrady i drogi szybkiego ruchu przed Euro 2012 – generalnie same korzyści. Ale nie. Spóźnienie zimy to brak zysków u dostarczycieli ciepła czy też gorsze wyniki branży turystycznej i gastronomicznej. Tu zresztą czekam na oficjalne informacje, bo sam byłem niedawno w polskich górach i dawno nie widziałem tylu turystów. No, a już szczytem wszystkiego jest informacja, że część firm budowlanych narzeka, bo nie przewidziało braku zimy i nie jest przygotowanych na dłuższy sezon. Ręce opadają…
Na koniec wisienka na torcie, czyli temat strat w związku ze świętem Trzech Króli. Mogliśmy się przyglądać licytacjom, jakie to straty są z tym jednym dniem wolnym związane. Rekord to ponad 6 mld złotych. A skąd się te liczby biorą? Ano dzieli się wartość PKB przez liczbę dni roboczych i wychodzi, co wychodzi. Problem w tym, że chyba jednak pewne rzeczy trzeba uwzględnić. Po pierwsze, część firm jednak pracuje: choćby energetyka, wodociągi, bezpieczeństwo, a turystyka to nawet więcej niż normalnie. Po drugie, realne straty byłyby wtedy, gdyby wszystkie polskie firmy pracowały na sto procent możliwości przez cały czas, wówczas rzeczywiście jeden dzień roboczy więcej to faktyczny przestój. Ale ile firm jest w takiej sytuacji? Rzeczywiście, gorzej wygląda ten temat w aspekcie całego długiego, często nawet dwutygodniowego „weekendu”, który w związku z dodatkowym dniem wolnym łatwiej wziąć. Ale i tak 6 mld złotych się raczej nie uzbiera.
Ja nie twierdzę, że wszystko jest super, bo nie jest, nie twierdzę, że nie może się pogorszyć – może. Ale czy to oznacza, że musimy wszędzie widzieć katastrofy…? Tym bardziej że, póki co, czarne wizje się nie sprawdzają. I niech tak będzie także w 2012 roku.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o