Czas polskich podsumowań

0
51

2017 był z pewnością dobrym rokiem dla polskiej gospodarki. Nie znamy jeszcze danych za czwarty kwartał, ale możemy przyjąć, że wzrost PKB w całym roku przekroczył 4%. I to prawdopodobnie wyraźnie. Jest zatem sporo lepiej niż w zeszłym roku, choć warto odnotować, że słabsze dane za 2016, czyli niższa baza, także miały wpływ na odczyt w 2017. Po prostu rozwijaliśmy się, zaczynając z niższego poziomu. Ale tak czy tak sukces jest.
Cieszy także spadek bezrobocia. W grudniu zobaczymy pewnie niewielki wzrost, ale i tak poziom poniżej 7% jest bardzo dobrą informacją. Dodajmy dla porządku, że brak wyraźnego wzrostu pod koniec roku, sezonowego wzrostu, wynika nie tylko z relatywnie dobrej pogody z punktu widzenia prac w budownictwie, ale także obniżenia wieku emerytalnego. Pewnie część bezrobotnych nabyła prawa emerytalne, ale nie zaburza to jednak ogólnie pozytywnego obrazu.
Polakom żyło się odczuwalnie lepiej. Wzrosły realne wynagrodzenia, przeciętna płaca przekroczyła 4600 PLN brutto. Pamiętajmy tylko, że mówimy tu o sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób. Pisałem o tym, że może to być dość mylące, połowa Polaków według moich szacunków nie zarabia więcej niż 3700 PLN brutto. Ale tak czy tak wzrost następuje i pracy jest więcej, obok spadku bezrobocia obserwujemy bowiem także wzrost liczby nowych miejsc pracy. Warto jednak w tym miejscu zaznaczyć, że super optymistyczne tezy oparte na danych dotyczących miejsc pracy w przemyśle utworzonych w pierwszej połowie roku nie do końca się potwierdziły w następnych miesiącach. Mateusz Morawiecki chwalił się, że w pierwszych dwóch kwartałach powstało w Polsce ponad 220 tysięcy miejsc pracy w przemyśle, czyli dwie trzecie liczby z całej UE. Kilka dni temu okazało się jednak, że w trzecim kwartale ubyło prawie 100 tysięcy. Oczywiście i tak jest bardzo dobrze, ale już nie tak dobrze, jak się wydawało. Po raz kolejny okazuje się, że są takie dane, które trzeba rozpatrywać w dłuższym horyzoncie czasowym albo za pełny okres rozliczeniowy, jak np. sytuacja budżetu państwa. A propos budżetu: na koniec roku deficyt będzie – niewielki, co prawda, ale uwzględniając realia dobrej koniunktury, sytuacja budżetu już tak optymistycznie nie wygląda. Wracając jeszcze do miejsc pracy w przemyśle, to oczywiście ich wzrost cieszy, ale pamiętajmy, że nowoczesne gospodarki opierają się na usługach, szczególnie tych bardziej wyrafinowanych. Zatem to, że rośnie liczba miejsc pracy w przemyśle, nie musi dawać powodów do zachwytu. Choć do zadowolenia z pewnością tak.
To, co nas martwi, bo nie wszystko jest dobrze, to struktura wzrostu gospodarki. Ciągnie ją eksport i konsumpcja, przy słabych, bardzo słabych danych o inwestycjach krajowych. Nie będę tego tematu rozwijał, bo już kilka razy o tym pisałem, ale nieznaczny wzrost w 2017 po załamaniu w 2016 jest rozczarowaniem. Udział inwestycji w PKB będzie zapewne w całym roku na poziomie około 17%. A powinien być 5 punktów procentowych wyższy. Poziom inwestycji jest taki jak dwadzieścia lat temu. I to jest największa rysa na wizerunku gospodarczym 2017.
Wzrost gospodarczy zawdzięczamy koniunkturze w Europie, a właściwie na całym świecie. W skali globu nie rozwija się mniej niż 10% państw. To naprawdę rzadkość. Z naszego punktu widzenia najważniejsze jest, że wreszcie na nogi stanęła strefa euro. Przynajmniej jeśli chodzi o kwestie gospodarcze. To wciąż nasz główny partner handlowy, a eksport to około 45% polskiego PKB. Jeśli ktoś nie wierzy, że właśnie koniunktura światowa jest głównym powodem poprawy sytuacji w Polsce, niech popatrzy na sytuację gospodarczą naszych sąsiadów. Wszyscy się rozwijają, wszyscy poprawiają wyniki, są tacy, którzy są lepsi od nas. Pamiętajmy o tym także w tym kontekście, że koniunktura nie będzie trwała wiecznie.
W 2017 do Polski na dobre wróciła także inflacja. Koniec roku to jej wzrost w okolice 2,5% rok/rok. Najbardziej drożała żywność, o około 6% rok/rok, święta były zatem odczuwalnie droższe niż w 2016. A mimo to, dzięki ogólnej poprawie sytuacji, wydaliśmy rekordowo dużo. Pierwsze szacunki mówią o 22 mld PLN. To prawie 10% więcej niż rok temu. 2.5% rocznego wzrostu cen to dokładnie tyle, ile chcemy mieć. Problem w tym, że to prawdopodobnie nie koniec. Ale o tym za tydzień.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o