Czas

0
86
REKLAMA

Chociaż nauka nie wie jak zrozumieć pierwszych kilka sekund po Big Bangu, więc niewykluczone, że naukowcy z CERN, w którym jest Wielki Zderzacz Hadronów, coś tam jeszcze wygrzebią, i okaże się, że jednak i przed wybuchem coś było.
Czas biegnie inaczej na naszej Ziemi, a inaczej w jakimś bardzo szybko mknącym pojeździe kosmicznym. Zjawisko to opisał dobrze Stanisław Lem w wydanej ponad 50 lat temu książce „Powrót z gwiazd”. Bohaterowie wracają na Ziemię po ponad 120 latach. Wracają z podróży do jednej z najbliższych naszemu Układowi Słonecznemu gwiazd. Wracają niemal tak samo młodzi, bo dla nich podróż trwała tylko kilka lat, ale na Ziemi ich wnuki są starsze od nich, a społeczeństwo żyje innymi marzeniami, niż oni. Tak naprawdę nikogo dzielni kosmonauci nie obchodzą.
Dzisiaj wiemy, że do gwiazd raczej nie polecimy. Są za daleko, i właściwie nie bardzo wiemy, po kiego czorta mielibyśmy tam lecieć. Nasza zabawa w loty poza Ziemię (bo o lotach kosmicznych trudno nawet mówić) przygasła w momencie upadku ZSRR. Jasno to pokazuje, że loty w przestrzeń pozaziemską były odpryskiem militarnej rywalizacji dwóch potęg. Dzisiaj latamy niejako z rozpędu, ale potrafimy, zupełnie tak, jak to opisał Lem w „Powrocie z gwiazd”, nie interesować się losem innych ludzi.
Czas różnie płynie nie tylko w kosmosie, ale także na Ziemi. Jeżeli czekamy na coś bardzo miłego, to czas potrafi się dłużyć niemiłosiernie. Jeżeli czeka nas coś paskudnego, to czas pędzi jak oszalały. To zjawisko dzieje się w naszej głowie, i jest psychologicznie zrozumiałe.
Tak samo zrozumiały jest fakt, że w młodości czas postrzegamy inaczej niż w wieku dojrzałym. Gdy byliśmy uczniami w szkole podstawowej, to rok szkolny wydawał się wiecznością, a przecież było to tylko 10 miesięcy. Dwumiesięczne wakacje też wydawały się solidnym odcinkiem czasowym, w którym wszystko się może zdarzyć.
Dziś nie jesteśmy się w stanie zorientować gdzie znikają lata. Patrzymy z rosnącym zdumieniem na pojawiające się święta, chociaż poprzednie były jakby ledwo co. Dzieje się tak dlatego, że dla dziesięciolatka jeden rok jest 1/10 jego życia. Dla pięćdziesięciolatka rok to tylko 1/50 jego życia. Jak łatwo policzyć 1/10 życia tego drugiego to 5 lat. I tylko tak można porównywać upływ czasu dla dziadka i wnuka, niby to ten sam czas, a jednak zupełnie inny.
Czas też może leczyć rany, przynajmniej tak się mówi. Ale czy zawsze leczy? Gdy patrzę na rozwój konfliktu wokół nieszczęścia Smoleńskiego, to raczej w to wątpię. Im dalej od 10 kwietnia 2010, tym rany wydają się głębsze. Rozmawiałem ostatnio z panią, której mama zginęła w TU‑154. Pani ta przestała oglądać telewizję, dlatego, żeby czasowi dać szansę zagojenia ran. Gdyby to nieszczęście zdarzyło się w okolicznościach bardziej banalnych, na przykład gdyby jej mama zginęła nie lecąc do Katynia, ale w jednym z dziesiątków tysięcy wypadków samochodowych, zapewne moja rozmówczyni byłaby dzisiaj i pogodzona z jej śmiercią, i chyba jednak szczęśliwsza, niż dziś, gdy nawet nieoglądanie telewizji nie może jej uchronić przed awanturą wokół tamtej katastrofy.
Coś mi się wydaję, że za rok będzie jeszcze gorzej. Właściwie nie widzę żadnej perspektywy czasowej dla złagodzenia sporu między zwolennikami koncepcji spisku i przekonanymi, że winien był wtedy nasz polski bałagan. No tak, miało być o czasie, a jak zwykle zeszło na Smoleńsk. Ale tak to już jest. Zaczynamy rozmawiać o nowym wydaniu „Kubusia Puchatka „a kończymy na Smoleńsku.
Na Nowy Rok życzę Państwu byście szanowali czas. I by na wszystko, co ważne, znaleźli Państwo Czas.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o