Czy coś nas jeszcze łączy?

0
58
REKLAMA

Należący do pierwszej części uważają, że trzy lata temu doszło do złamania wszelkich procedur przez pilotów z 36. pułku, z tą najważniejszą procedurą na czele, według której Tu‑154 nie powinien tamtego ranka w ogóle z Warszawy wystartować. Nasi rodacy z drugiej grupy uważają, że samolot został w jakiś sposób zaatakowany w powietrzu tuż przed wylądowaniem. Przez kogo? Zapewne przez Rosjan. Przedstawiciele trzeciej grupy się wahają. Nie wiedzą, komu bardziej zaufać – komisji Millera czy komisji Macierewicza, trzeba jednak przyznać, że jeżeli zasilają którąś z wcześniej omówionych grup, to raczej tę wierzącą w zamach.
Dlaczego tak się dzieje? W dużej mierze z powodu nieudolności rządu w odpowiadaniu na niektóre atuty Macierewicza czy na opinie znalezionych przez niego ekspertów, co jest o tyle zastanawiające, że rząd uważany jest za raczej dobrze przygotowany do działalności propagandowej. Za kilka lat znikną wahający się, zostaną tylko dwie grupy i podejrzewam, że ta pierwsza będzie mniejsza od drugiej. Ponieważ przedstawiciele grupy pierwszej uważają przedstawicieli grupy drugiej za szaleńców, a przedstawiciele grupy drugiej określają przedstawicieli grupy pierwszej jako zdrajców, to nie wydaje mi się, by warto było się tą sprawą zajmować, bowiem przy takim podziale nie ma żadnej płaszczyzny dyskusji.
Podział między tymi obydwoma grupami jest tak mocny, że zacząłem się zastanawiać nad tym, czy jest jeszcze cokolwiek, co te grupy łączy. No niby jest język, ale wystarczy wziąć do ręki „Gazetę Wyborczą” a potem „Gazetę Polską”, by się przekonać, że niby to jest ten sam język polski, ale jednak nie jest ten sam. Łączy nas także terytorium, na którym żyjemy, ale to tylko pozór. Razem żyli nasi przodkowie, którzy tworzyli mniejsze lub większe środowiska właśnie najczęściej związane z przestrzenią, na której żyli. Dzisiaj coraz częściej wspólnoty poszukujemy w sieci albo utrzymujemy więzi przez wszechobecne telefony komórkowe. W takich warunkach można żyć obok siebie niby razem, a jednak osobno. Łączy nas historia, ale tu też jest tak, że jak tylko zaczynamy rozmawiać o przeszłości, to sięgamy po noże. Na pewno pamiętają państwo dyskusje, jakie potrafią się rozpętać po zadaniu pytania – czy można było uniknąć Powstania Warszawskiego? Albo zobaczycie, co się będzie działo, gdy jesienią wejdzie na ekrany film Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie.
Czyli historia też nas raczej nie łączy, więc co, może przyszłość? W oczywisty sposób nie, bo ewidentnie inaczej sobie wyobrażamy na przykład przyszłą Europę. Jedni widzą ją bardziej zintegrowaną, inni mniej. Jedni chcą wejścia do strefy euro, drudzy absolutnie nie.
Czyli nie ma nic, co by nas łączyło? Niby coś znalazłem, ale aż się boję o tym napisać. No, ale skoro powiedziało się „a”, to trzeba przejść do następnych literek. To coś wynaleźli producenci niektórych reklam telewizyjnych. Moją ulubioną reklamą jest ta, która ma zachęcić do wzięcia kredytu w pewnym banku. Wszystkie jej mutacje sprowadzają się do tego samego mechanizmu. Oto jest jakaś para i jedna jej połowa chce coś kupić, nie mówi tego jednak drugiej połowie, tylko podstępem doprowadza do ruiny albo łazienkę, albo kuchnię, albo samochód. Zwłaszcza głupie jest niszczenie samochodu, bo wiadomo, że łazienki czy kuchni raczej się nie sprzeda, ale samochód tak, więc jego demolowanie nie ma sensu. Tak zatem twórcy tej reklamy potraktowali nas jak idiotów, czyli wszystkich poróżnionych Polaków potrafili postawić w jednym rzędzie. Ale nie wiem, czy może to być powód do radości…

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o