Czy czeka nas wzrost cen?

0
64
REKLAMA

Kilka dni temu przeglądałem newsy z ostatnich paru miesięcy pod kątem zapowiedzi wzrostu różnych cen. Miała drożeć, rzeczywiście w wielu przypadkach drożeje, spora część towarów i usług. Ale patrząc na dane GUS, nic złego się nie dzieje. Inflacja wciąż jest pod kontrolą, wynosi około 2%, jest zatem nawet niższa niż to, co chcemy mieć. Przypomnijmy, że Narodowy Bank Polski chciałby 2,5%. W ujęciu rocznym, oczywiście. Polacy mają jednak jakieś poczucie tego, że wzrost cen przyspieszył. Oglądałem dwie sondy uliczne, gdzie tego typu teza się pojawiła. Oczywiście sondy to nie jest żadna przesłanka do stawiania twardych tez, ale jednak coś pokazują.
Problem jest wielopłaszczyznowy. Jest na przykład tak, że jedne ceny widzimy bardziej, a inne mniej. Weźmy choćby żywność. Trudno jest jednoznacznie ocenić, czy ogół produktów żywnościowych podrożał, czy nie. Nie zawsze kupujemy przecież to samo, jedne rzeczy drożeją, inne nie, dość rzadko porównujemy, ile płaciliśmy za coś na przykład przed miesiącem. Faktem jest, że niektóre ceny wręcz biją nas po oczach, jak choćby ceny paliw. Trudno nie zauważyć czy jest drożej, czy nie, skoro na każdej stacji wielkie cyfry pokazują, ile musimy zapłacić. To samo jest z czynszem, albo różnymi podatkami, choćby od nieruchomości.
Faktem jest, że generalnie przeszliśmy od dwuletniego okresu, w którym ceny nie rosły, a tak naprawdę spadały (ale tego też przeciętny Kowalski raczej nie odczuwał), do okresu wzrostów. Niewielkich, bo niewielkich, ale wzrostów. Odczucie, które pojawiało się zatem w oglądanych przeze mnie sondach ulicznych, jest zatem jak najbardziej uprawnione.
No dobrze, ale co tak naprawdę może podrożeć? Prognozy ekonomistów nie nastrajają pesymistycznie, większość z nich bowiem zakłada brak przyspieszenia inflacji. Pamiętajmy jednak, że inflacja to wzrost cen około 2,5 tys. różnych towarów i usług. Jedne są bardziej widoczne, o czym już pisałem, inne mniej. Jedne towary kupujemy na co dzień, jak choćby żywność, inne rzadziej. Nie codziennie chodzimy do fryzjera, nie mówiąc już o zakupie samochodu. Tymczasem i to, i to w koszyku inflacyjny się pojawia.
Największym znakiem zapytania obarczony jest problem przełożenia wzrostu cen pracy, czyli wzrostu wynagrodzeń, na ceny dla klientów. Nie ukrywam, że nie jestem tu takim optymistą jak znaczna część moich kolegów. Moim zdaniem ten efekt wystąpi. I to być może już pod koniec roku. A to oznaczałoby podwyżki cen wielu dóbr i usług. Faktem jest, że część firm ma jeszcze rezerwy, ale faktem jest też to, że sporo ich nie ma. Panaceum na wzrost cen pracy byłyby inwestycje w zwiększenie produktywności, ale w inwestycjach żadnego boomu nie ma. Skąd się zatem mają wziąć te nowocześniejsze maszyny i technologie? Poza tym one też kosztują. Czy przedsiębiorcy, przynajmniej w pierwszym okresie, nie próbowaliby przerzucić części tych wyższych kosztów na klientów?
To, że inflacja ma nie rosnąć, wynika głównie z efektu bazy. W drugiej połowie zeszłego roku dość mocno podrożała na przykład żywność. Pamiętamy wszyscy wzrost cen masła – był chyba najbardziej spektakularny. W tym roku miało być dużo lepiej, bo mamy w większości przypadków wręcz nadprodukcję. Maliny, porzeczki itp. w hurcie uzyskiwały wyjątkowo niskie ceny. Niestety nie dotyczyło to cen w sklepach. Czy zatem efekt bazy wystąpi w najbliższych miesiącach? Tym bardziej że drożeje mięso, szczególnie wieprzowina i (znowu) część przetworów mlecznych, na przykład wspomniane masło. Nie mówiąc o zbożach – tu swoje piętno odcisnęła susza.
Zbliżają się wybory, a właściwie cały wyborczy prawie dwuletni maraton i to może część podwyżek hamować. Choć z drugiej strony kończy się, moim zdaniem, koniunktura, a to będzie oznaczało konieczność szukania pieniędzy na realizację różnych pomysłów. Może się zatem okazać, że podrożeje wiele teoretycznie mniej ważnych usług czy towarów. Na przykład (to już jest pewne) badanie techniczne pojazdów. Takich rzeczy może być więcej.
Jednak jednym z najpoważniejszych wyzwań jest wzrost cen energii. Być może szoku jeszcze nie przeżyjemy, głównie ze względu na przyszłoroczne wybory parlamentarne, ale w przeciągu trzech najbliższych lat prąd może podrożeć nawet o 50%. Mówię o odbiorcach prywatnych, bo firmy już się z tym problemem zderzają, czyli rosną im koszty. To kolejny przyczynek do tezy, że rosnące koszty (cały czas uważam, że najpoważniejszy jest wzrost kosztów pracy, ale energia też ma oczywiście znaczenie) bez inwestycji w końcu niestety przeniosą się na klientów.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o