Czy grozi nam wzrost inflacji?

0
92

Kiedy w sierpniu 2014 roku wskaźnik CPI, czyli potocznie inflacja, spadł poniżej zera, nie spodziewaliśmy się, że spadek cen zagości w Polsce na tak długo. Dopiero w listopadzie w zeszłym roku ceny w Polsce zaczęły rosnąć. Pisałem już o tym wielokrotnie, także wspominając o braku negatywnych efektów występującej w Polsce deflacji. Od grudnia zeszłego roku dość szybko zaczęliśmy się zbliżać do celu inflacyjnego (inflacji, jaką chcemy mieć), czyli 2,5% rok/rok. Już w lutym odnotowaliśmy 2,2% rok/rok. Wzrost był rzeczywiście szybki, ale na tym na razie koniec. Szybko zeszliśmy poniżej dwóch procent i tak właśnie jest do dzisiaj.
Inflacja zależy od wielu czynników. Teoretycznie najważniejszy to wzajemna gra popytu i podaży. Najogólniej mówiąc: jeśli popyt rośnie bardziej niż podaż, dochodzi do wzrostu cen. Ale akurat ta podstawowa zależność w ostatnich latach nie była decydująca, jeśli chodzi o zmiany cen w Polsce. Przynajmniej w rozumieniu gry popytu i podaży w naszym kraju. Dokładniej mówiąc, ceny nie zmieniały się w istotny sposób dlatego, że Polacy wyraźnie zmniejszali zakupy albo je zwiększali. Deflację zawdzięczaliśmy głównie sytuacji na rynku surowców na świecie, szczególnie zaś na rynku surowców energetycznych. Doszło tu to wyraźnego spadku cen głównie ze względu na rewolucję łupkową, czyli wyraźny wzrost podaży.
Przyjrzyjmy się najważniejszym czynnikom, które mogą decydować o zmianach cen w Polsce w najbliższym czasie. Ten rok powinien być dość spokojny pod tym względem, nie widzę tu jakiegoś istotnego zagrożenia, które mogłoby wyraźnie zdynamizować wzrost CPI. Rynek surowców wydaje się dość stabilny, w każdym razie zmiany nie powinny prowadzić do zmian inflacji w Polsce o więcej niż jeden punkt procentowy. Podobnie wygląda sytuacja na rynku żywności. Owszem, widzimy czasem nadzwyczajne zmiany, jak choćby teraz na rynku masła, ale na cały wskaźnik nie mają one istotnego wpływu. Słyszymy o problemach z owocami. Z uwagi na niekorzystne warunki klimatyczne wiosną, ich zbiory mogą być o 20% – 30% niższe. Ale też nie sądzę, aby zachwiało to całym CPI. Mająca około jednej czwartej udziału w koszyku inflacyjnym żywność drożeje obecnie o około 3% rok/rok i dużo gorzej być nie powinno. Podrożeje woda i prąd, ale też raczej nie w takim zakresie, który mógłby dać mocny impuls inflacyjny. Czy nic nam zatem nie grozi?
Jeśli możemy mówić o małej rewolucji, to dokonuje się ona właśnie na rynku pracy, jak przewidywaliśmy kilka lata temu. Bezrobocie zaczęło spadać na początku 2014 roku, kiedy weszliśmy w cykl szybszego rozwoju polskiej gospodarki. W tej chwili wskaźnik jest minimalnie powyżej 7%, w przyszłym roku w tym okresie zejdziemy zapewne poniżej 6,5%. Dużo więcej w Polsce nie osiągniemy z uwagi na dość wysoki poziom tzw. bezrobocia normalnego. To sytuacja, kiedy de facto nie pracują ci, którzy nie chcą pracować albo nie chcą się przekwalifikować.
Tak wyraźny spadek na początku 2014 roku (wskaźnik wynosił 14%) doprowadził do wzrostu realnych wynagrodzeń. Na początku jeszcze nieznacznego, potem coraz szybszego. Gdyby nie Ukraińcy przyjeżdżający do Polski, zmiany byłyby jeszcze szybsze. Ale czy bezpieczne, trudno powiedzieć, pamiętajmy bowiem, że wzrost płac to jednocześnie wzrost kosztów dla firm. Jeśli jest zbyt szybki, może obniżać konkurencyjność, firmy mają bowiem za mało czasu, żeby dostosować się do warunków. Tak czy inaczej zmiany następowały.
2017 rok jest jednak specyficzny. Po pierwsze, Ukraińcy mają już wybór i mogą jechać dalej na zachód. Pierwsze miesiące po stworzeniu im takiej możliwości nie potwierdzają tego, że gremialnie się na to decydują. Mogą jechać, ale dostają wizy turystyczne, czyli musieliby pewnie głównie pracować na czarno. Jednak jakiś efekt wystąpił. Po drugie, ZUS szacuje, że w związku z obniżeniem wieku emerytalnego w czwartym kwartale 2017 i pierwszym kwartale 2018 na emeryturę przejdzie około 400 tysięcy osób. A to oznacza olbrzymi ubytek na rynku pracy. Nawet jeśli część tych osób będzie pracować na przykład na pół etatu i tak zmiany będą bardzo odczuwalne. No i wciąż będziemy mieli do czynienia z trendem, który obserwujemy od początku 2014 roku, czyli poprawą sytuacji, jeśli chodzi o tworzenie nowych miejsc pracy.
Jaki z tego wszystkiego wniosek? Ano taki, że wynagrodzenia będą rosnąć jeszcze wyraźniej i obejmą zapewne większość zatrudnionych. Dzisiaj wielu z nich nie odczuwa poprawy. To się zmieni. Możliwy jest nawet dwucyfrowy wzrost realnych wynagrodzeń. Kiedy? Moim zdaniem najpóźniej w 2019 roku. A to musi się przenieść na inflację, ale o tym za tydzień.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o