Demolka

0
72
REKLAMA

Domaganie się ustąpienia rządu, dymisji ministra Kosiniaka‑Kamysza, rozwiązania parlamentu i wybrania nowego „parlamentu narodowego” – choć nie wiadomo, co to oznacza – łącznie z towarzyszącą tym postulatom retoryką i propagandą, ma charakter ataku na demokrację. Spełnienie tych żądań oznaczałoby zakończenie rozdziału naszej historii pod nazwą demokracja w Polsce, gdyż od tej pory władza pochodziłaby nie z woli milionów wyborców, ale z woli organizatorów ulicznych awantur. Oznaczałoby to kapitulację prawa przed przemocą lub groźbą jej użycia, z wszystkimi skrajnie negatywnymi konsekwencjami tego stanu rzeczy dla Polski i stabilizacji w całym regionie. Jest to na tyle oczywiste, że nie wymaga dalszego uzasadniania.
Czego obok żądań stricte politycznych domagali się związkowcy? Cofnięcia reformy emerytalnej, rzeczy nierealnej, gdyż tego nie zrobi żaden rząd. Oznaczałoby to bowiem drastyczne obniżenie emerytur, a w konsekwencji nędzę dla milionów w większości niezdolnych już do pracy osób. Domagano się też podniesienia płacy minimalnej, likwidacji umów nieobjętych ubezpieczeniami, a także rezygnacji z elastycznego czasu pracy – wprowadzenie w życie tych postulatów spowoduje natychmiastowy wzrost bezrobocia, które w związku z powolnym wychodzeniem z kryzysu zaczyna spadać. Jak trafnie powiedział jeden z mieszkańców Tarnowa, podczas niedawnego ze mną spotkania – „Żeby dać, trzeba wziąć. A od kogo wziąć? ”
Ten problem nie interesuje uczestników, a zwłaszcza organizatorów demonstracji, a kompromitujące są w moim przekonaniu zachwyty i pochwały dla organizatorów za to, że spalili tylko jedną oponę, nikogo nie pobili, nie spalili żadnego radiowozu ani wozu transmisyjnego i generalnie nie doszło do walki z policją…
„Mam żal do związkowców, że mącą ludziom w głowach, twierdząc, że można krótko pracować i dostawać wysokie emerytury. Krytykują elastyczny czas pracy, choć firma może to wprowadzić tylko wtedy, gdy zgodzi się na to związek zawodowy, rada pracownicza albo przedstawiciele pracowników. A jednocześnie związkowcy wydają się zupełnie bierni, jeśli chodzi o przypadki łamania praw pracowniczych w małych firmach. Górnicy, nauczyciele, mundurowi mają sporo przywilejów i potężne związki za sobą. Pracownicy w małych firmach albo zatrudnieni przy wielkich projektach za pośrednictwem agencji pracy praktycznie są bezbronni… Dlaczego nie zorganizują dla nich sieci poradni, aby w razie czego mogli szukać pomocy w takich ośrodkach. Może dlatego, że wolą siedzieć w bogatym KGHM czy państwowych kopalniach i zakładać spółki, by robić interesy z pracodawcami” – pisze Dominika Wielowieyska w „Gazecie Wyborczej”.
To nie była demonstracja zdesperowanych biedą ludzi pracy, ale demonstracja dobrze opłacanych, zadowolonych z sytuacji, broniących własnych i grupowych przywilejów ludzi obawiających się, że czas łatwych pieniędzy i nieuzasadnionych przywilejów może się skończyć. I dlatego mimo zapewnień o sukcesie frekwencyjnym była to manifestacja mizerna. Około 100 tysięcy ludzi przy mobilizacji w skali całego kraju, przy poparciu PiS i SLD oraz mediów Rydzyka i życzliwym, a nawet entuzjastycznym czasem stanowisku części Kościoła – trudno mówić o masowym udziale. W podobnych manifestacjach w wielu krajach nawet znacznie mniej licznych niż Polska uczestniczą miliony demonstrantów.
Nie będzie żadnych rozmów z rządem. Panowie Duda i Guz odrzucili zaproszenie na rozmowy w gronie Komisji Trójstronnej. Ale Polska nie ustąpi, bo nigdy nie ustępowała wobec szantażu, oszczerstwa i insynuacji. Nie ustąpi, bo zbyt wiele nas kosztowało odbudowanie demokracji i odzyskanie wolności, aby je teraz poświęcać dla chorobliwych ambicji i nieokiełznanej pychy ludzi, którym wydaje się, że potrafią rządzić krajem.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments