Dlaczego złoty był słabszy?

0
81
REKLAMA

Stany Zjednoczone rozwijają się stabilnie, strefa euro wydaje się powoli wychodzić z kłopotów, inwestorzy przypomnieli sobie zatem o krajach rozwijających się. A tu, niestety, parę rzeczy może budzić niepokój. Jednak do żadnych dramatów o zasięgu światowym dojść nie powinno.
Złośliwi twierdzą, że z rynkami finansowymi jest trochę tak, jak z bulwarową prasą. Jeśli nie dzieje się nic sensacyjnego, to trzeba coś sensacyjnego wymyślić. Wszystko po to, aby był ruch w interesie., czyli w realiach rynków finansowych, aby dochodziło do zmian cen akcji, obligacji czy kursów walut. Bo jak są zmiany, to da się na nich zarobić. Szczególnie jeśli to my te zmiany powodujemy.
Coraz mniej ekonomistów twierdzi, że świat czeka jakiś kataklizm. Nie można trzeci rok stawiać tezy, że Stany Zjednoczone za miesiąc wpadną w jakąś otchłań, skoro trzeci rok rozwijają się w całkiem niezłym tempie. To prawda, że częściowo na kroplówce w postaci akcji drukowania pieniądza, ale kroplówka ta jest systematycznie przykręcana. Tak na marginesie: fakt ogłoszenia zakończenia procesu przykręcania był jednym z powodów osłabienia rynków finansowych i to nie tylko w krajach rozwijających się. Trochę to paradoksalne, bo skoro jest tak dobrze, że nie będzie trzeba już drukować pieniędzy, to dlaczego z tego powodu mamy obserwować na przykład spadki na giełdach?
A jednak każdej informacji o kolejnym dokręceniu kurka towarzyszą korekty. Bardziej jest to jednak spekulacyjne i psychologiczne niż związane z fundamentami. Bo nawet jeśli wierzyć w tezę, że teraz będzie mniej pieniędzy do inwestowania, to przecież skoro gospodarka dzięki drukowaniu się rozwija, a przykręcanie kurka jest możliwe, bo jej perspektywy są dobre, to dlaczego sprzedawać aktywa? Powinno się je przecież kupować, skoro oczekuje się wzrostu gospodarki. I zapewne faktycznie tak będzie. Jednak w krótkim okresie spekulacja i psychologia, „kończą drukować, więc pieniędzy nie będzie”, wygrywają. Jeśli nawet uznamy, że obecne wysokie poziomy giełd w USA czy Niemczech są po części także efektem spekulacji, to biorąc pod uwagę coraz lepsze fundamenty, tak czy inaczej spadki znaczące być nie powinny. A potem wzrosty, choć pewnie nie tak szybkie, raczej powrócą.
Złoty stracił zatem po części ze względu na kolejne przykręcenie pieniężnego kurka w USA. Jednak nie tylko dlatego. Najbogatsze gospodarki świata albo są w niezłej kondycji, albo powoli wychodzą z kłopotów. Tu nic zaskakującego na razie się nie dzieje. Trzeba zatem przyjrzeć się innym. A ci inni to na przykład „emergin markets”, czyli kraje rozwijające się.
Wielokrotnie pisałem, że międzynarodowi inwestorzy grupują kraje według ryzyka z nimi związanego. Kraje rozwijające się to kraje o większym ryzyku niż na przykład USA czy Niemcy. Wkłada się je do jednego worka i inwestuje po trochę w większość z nich. Czyli jeśli kupuje aktywa, to nie tylko w Polsce, ale także na przykład w Chinach, Tajlandii czy Korei Południowej, albo w Turcji. Jeśli zatem coś złego dzieje się w którymś z krajów, nie wycofuję się tylko z niego, ale „skracam pozycję”, czyli sprzedaję aktywa we wszystkich, w których zainwestowałem. I to jest drugi czynnik spadku wartości złotego. Zamieszanie polityczne w Turcji i Tajlandii, gorsze dane z Chin czy niedobra sytuacja finansów publicznych w Argentynie wprowadziły więcej nerwowości i spowodowały wycofywanie aktywów nie tylko z tych krajów, ale także z innych z grupy „emergin markets”. Także z Polski, w której przecież nic złego się nie dzieje. I to jest przede wszystkim odpowiedź na pytanie, dlaczego złoty się osłabił.
Czy to już koniec zamieszania? Raczej tak, chociaż, oczywiście, jeśli na przykład Argentyna miałaby ogłosić niewypłacalność, z pewnością będzie jeszcze trochę zamieszania, ale nie załamania, dramatu czy tragedii. Tak czy inaczej podtrzymuję opinię, że w następnych kwartałach złoty powinien zyskiwać na wartości, a przebicie 4 złotych na euro jest w tym roku całkiem możliwe.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments