Dmuchać na zimne

0
29
REKLAMA

Kilka dni temu angielski dziennik „The Guardian” opublikował wyniki dużego badania opinii publicznej, które zostało zrobione w 6 największych krajach tak zwanej „starej Unii”. Nie udało mi się dotrzeć do szczegółowych wyników tej ankiety, bo gdy w wyszukiwarce wpisuję „badanie The Gurdian”, to wyskakuje mi informacja, że według badania Gurdiana, Polacy uważają się za najładniejszą nację w Europie. (Swoją drogą jest to też bardzo interesujące badanie, i ciekaw jestem, skąd bierze się takie Polaków przekonanie? Prawdopodobnie mało podróżujemy). Opieram się zatem na tym, co usłyszałem w radiu, a usłyszałem ni mniej ni więcej, że w największych krajach Unii gwałtownie rośnie liczba eurosceptyków. W Hiszpanii nie wierzy we wspólną Europę aż 3/4 obywateli. Badanie było robione na pewno przed tym jak Borussia Dormund odprawiła z kwitkiem Real Madryt, a Bayern Monachium wręcz upokorzył słynną Barcelonę. Gdyby zapytać o to samo Hiszpanów dzisiaj, to liczba eurosceptyków zapewne byłaby dużo większa.
Podobna jest też liczba Brytyjczyków nie widzących przyszłości przed Europą, i to jest o tyle zrozumiałe, że na wyspach zawsze Europą trochę gardzono. Najbardziej jednak zaskakujące jest to, że także Niemcy zaczynają wątpić w przyszłość Starego Kontynentu. Po raz pierwszy w historii tych badań, a są one robione regularnie od kilkunastu lat, za naszą zachodnią granicą jest więcej osób wątpiących w Europę niż w nią wierzących. Jest to o tyle niesamowite, że przecież wystarczy sięgnąć do historii i sprawdzić, w jakim stanie były Niemcy całkiem przecież niedawno, bo zaledwie 68 lat temu, w 1945 roku. Przegrane, rozbite, bez mężczyzn w wieku produkcyjnym i z kobietami, które jeżeli były na terenach podbijanych przez Armię Czerwoną, to prawie na pewno nie uniknęły gwałtu. W dodatku kraj został podzielony najpierw na cztery strefy wpływów, potem na dwa kraje. 55 lat później Republika Federalna Niemiec wchłonęła Niemiecką Republikę Demokratyczną już jako najbogatszy i najlepiej zorganizowany kraj Europy.
Nie chcę powiedzieć, że Niemcy osiągnęli te same cele, które mieli naziści, tyle że przy pomocy pokojowych środków, bo dobrze pamiętam, że wśród celów wojny była także eksterminacja narodu żydowskiego i także w pewnym sensie naszego narodu. Ale Niemcy nie mogli nie zauważyć, że pokój służy im o wiele bardziej niż wojna. Że okropieństwa pierwszej i drugiej Wojny Światowej wynikające z konfliktu z Francją muszą dać do myślenia. Niemcy nie mogli też nie zauważyć, że wolny handel i wymiana międzynarodowa służy nie tylko im, ale także innym. Że jest to gra, w której – co wydawało się niemożliwe – wszyscy wygrywają.
Jeżeli dzisiaj zaczynają wątpić w ten projekt, to wszystkim nam, cieszącym się ze zjednoczonej Europy, powinna się zapalić lampka ostrzegawcza, tym jaśniejsza, że w Niemczech pojawiły się już ugrupowania polityczne zmierzające do dezintegracji Europy. Wiem, że nie ma powtórek z historii i że nic dwa razy się nie zdarza. Nie boję się powtórki z września 1939, ale wolałbym dmuchać na zimne. Tym bardziej że w różnych krajach rosną w siłę nacjonaliści i inni krótko ostrzyżeni. A cały nasz porządek ustawiony jest tak, że politycy wprowadzają w życie to, czego chce większość. A czy większość zawsze musi chcieć rzeczy mądrych i dobrych? Pytanie uważam za retoryczne.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o