Elektromobilność (cz. 2)

0
42
REKLAMA

W poprzednim felietonie wskazałem na to, że rozwój motoryzacji na prąd nie dzieje się sam z siebie. Jest mocno wspierany dopłatami rządowymi i w zasadzie tylko ten czynnik decyduje o istotnym wzroście sprzedaży „elektryków”. Tego typu auta są droższe i wciąż napotykają bariery technologiczne w postaci małego zasięgu i długiego czasu ładowania baterii. W dodatku nie jest wcale pewne, czy inne sposoby napędu, choćby ogniwa paliwowe, nie wygrają. Ale nawet jeśli zdecydujemy się iść w stronę elektromobilności, to wiąże się to z gigantycznymi kosztami.
Pojęcie „samochód elektryczny” można różnie rozumieć. Tym bardziej różnie można rozumieć pojęcie „polski samochód elektryczny”. Czy „polski” oznacza produkowany w Polsce, czy składający się z elementów produkowanych w Polsce, czy też produkowany w Polsce z elementów produkowanych w Polsce? Oczywiście pytania można mnożyć i nie bez przyczyny je zadaję.
W powszechnej świadomości Solaris to polski producent autobusów. Rzeczywiście, powstają one w Polsce. To znaczy w Polsce znajduje się fabryka, z której owe autobusy wyjeżdżają. Ale dwa najdroższe i najbardziej skomplikowane technologicznie elementy tychże autobusów nie są przez polskie firmy produkowane. Mowa tu o płytach podłogowych i zespołach napędowych – jedne i drugie są kupowane w firmach zagranicznych. Czy zatem Solaris jest rzeczywiście polskim autobusem? Tak na marginesie: mało kto wie, że płyta podłogowa jest jednym z najważniejszych i najbardziej zaawansowanych technologicznie elementów dzisiejszych pojazdów. Odpowiada w dużej mierze między innymi za bezpieczeństwo i właściwości jezdne. A potrafi kosztować 25% ceny końcowej.
Co zatem rozumiemy pod hasłem „polski samochód elektryczny”? W naszym kraju jest wiele firm, które chętnie przerobią pojazd spalinowy na elektryczny. Najważniejsze elementy układu elektrycznego napędu to silnik elektryczny, tzw. falownik, no i oczywiście baterie. Możemy wziąć de facto dowolny pojazd spalinowy, wymontować z niego silnik, zbiornik paliwa, zamontować silnik elektryczny, falownik i baterie, i z grubsza mamy gotowego „elektryka”. Silnik będzie pochodził np. z Chin, falownik z Japonii, a baterie z Tajwanu. Całość wykona polska, zatrudniająca Polaków firma. Można? Oczywiście można. Mogę Państwu dać kilka adresów takich firm. Ale czy rzeczywiście będzie to polski pojazd? Tym bardziej że my żadnych, w pełni polskich samochodów spalinowych także nie produkujemy, musimy zatem bazować na produktach Fiata, Toyoty, Kii, czy innym Oplu. I wyposażyć je w elektryczne, także niepolskie, podzespoły. Oczywiście parametry trakcyjne, zasięg itd. itp. takiego samochodu będą – delikatnie mówiąc – dalekie od ideału.
Cała przeróbka to koszt około 40 – 50 tysięcy złotych. Łatwo zatem policzyć, że nawet gdyby w ten sposób doprowadzić do zarejestrowania w Polsce miliona, jak chce rząd, samochodów eklektycznych, ktoś musi wydać 40 miliardów złotych. Czyli prawie 15% rocznych dochodów do budżetu państwa. Oczywiście rodzi się pytanie: kto? Rząd mówi, że będą dopłaty. Ale w jakiej wysokości, kiedy i kto będzie mógł z nich skorzystać tego już, póki co, nie wiemy. Oczywiście można nas zmusić do przesiadania się na elektryczne wehikuły, na przykład zakazując normalnym pojazdom wjazdu do miast – takie pomysły już są zgłaszane. I wtedy, chcąc nie chcąc, to my będziemy musieli płacić za dostosowanie się do nowych zasad. I cały czas, powtarzam to jeszcze raz, nie będzie to żaden „polski samochód elektryczny”. Żeby taki powstał z naszą technologią, żeby był konkurencyjny na świecie, przedstawiał sobą jakąś wartość dodaną, trzeba by wydać miliardy złotych. A właściwie dziesiątki miliardów. Tego uczą nas doświadczenia innych. I żadne prezentacje w rodzaju samochodu eklektycznego zbudowanego przez Ursus mojego zdania na ten temat nie zmienią. Zresztą ile ten elektryczny dostawczy ursus miałby kosztować? Czy kupiliby go Państwo na przykład za cenę dwóch citroenów berlingo?
Nie jestem przeciwnikiem polskich samochodów elektrycznych i jestem za wsparciem ich powstawania. Ale nie twórzmy mitów i nie bujajmy w obłokach. Może lepiej byłoby na początek stworzyć programy wsparcia produkcji jakichś elementów, na przykład baterii litowo – jonowych, a potem całych baterii? Bo to wydaje się po prostu realne.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o