Finansowanie w dobie koronawirusa

0
38

Zdecydowana większość przedsiębiorstw w Polsce ma w tej chwili jeden problem: skąd wziąć pieniądze. Przychody albo spadły, albo się wręcz załamały, a system bankowy ograniczył chęć zapewniania finansowania. Co zatem robić?
Mój tata zawsze mi powtarzał, że trzeba mieć coś na czarną godzinę. I ja sobie tę radę bardzo wziąłem do serca. Ale skoro ktoś tego nie robił, to oczywiście dzisiaj jest już „po ptakach”. Trzeba zatem kombinować inaczej. Co do tych rezerw finansowych, zarówno w kontekście firmowym, jak i prywatnym, to kiedyś poświęcę temu tematowi jeszcze kilka zdań. Sytuacja wcale nie jest taka oczywista, bo wiemy doskonale, że wciąż mamy w Polsce wiele przedsiębiorstw i wiele rodzin, którym naprawdę brakuje z miesiąca na miesiąc. I budowanie rezerw w takiej sytuacji jest, że tak powiem, trudne. Ale wiem też i to, że często właśnie w takich przypadkach jakimś cudem te rezerwy się ma. Bo może być zawsze jeszcze gorzej. A z kolei wielu naszych rodaków o zdecydowanie ponadprzeciętnych dochodach działa w systemie: ile mam tyle wydam. I kiedy dzieje się coś złego, zaczynają pojawiać się na prawdę poważne problemy. No, ale, jak już wspomniałem, to temat na inny felieton. Zakładając, że tych rezerw w firmie nie ma, albo są one skromne, co możemy zrobić?

REKLAMA

Pierwszy obszar to oczywiście pomoc państwa. Przygotowanie poszczególnych „Tarcz”, nasz rząd nie byłby sobą, gdyby nie wymyślał chwytliwych PR – owsko nazw, trwało dłużej, niż w większości państw świata. Ale wreszcie są. Trzeba zatem sprawdzić, czy i co nam się należy. A podmiotami realizującymi pomoc są przede wszystkim Polski Fundusz Rozwoju (PFR), Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) i ZUS. Sporo do zaoferowania ma także część samorządów. Największą nadzieję wiążemy z tarczą finansową, mówię tu o 100 mld złotych żywej gotówki, której operatorem jest PFR. I realnie ona działa. Wielu moich znajomych przedsiębiorców otrzymało już środki na rachunek. Warto w tym momencie podkreślić, że w dystrybucji pomocy ważną rolę odgrywają banki komercyjne. To znaczy spora część najważniejszych programów, choćby właśnie tarcza finansowa, jest realizowana za ich pośrednictwem.
Gorzej niestety wygląda sytuacja w kwestii samego finansowania bankowego, czyli dostępu do kredytów i pożyczek. Póki co nie jest tak źle, jak pod koniec 2008 i na początku 2009 roku, kiedy często nawet dobrym firmom, takim, które nie pokazywały żadnego pogorszenia sytuacji, odmawiano na przykład przedłużenia kredytów obrotowych. Jednak i dzisiaj obserwujemy wyraźny wzrost niechęci do udzielania finansowania, szczególnie w tych branżach, które najmocniej odczuły skutki koronawirusa. Mamy realizowany przez BGK program gwarancji dla firm, ale obejmują one maksymalnie 80% wartości finansowania. I okazuje się, że dla wielu banków i to jest za mało. Z drugiej strony musimy pamiętać o jednej rzeczy. Banki to instytucje zaufania publicznego, które udzielają kredytów i pożyczek w 90% z pieniędzy wpłaconych do nich przez klientów. I muszą one o bezpieczeństwo tych pieniędzy dbać. A zatem wzrost ryzyka będzie powodował ograniczenie chęci finansowania. Albo przynajmniej to finansowanie będzie droższe. Musimy też pamiętać o tym, że bank to instytucja komercyjna. Działa po to, żeby wypracować zysk. Choćby dla swoich, często drobnych akcjonariuszy. Osobiście uważam, że banki po prostu czekają na to, co się wydarzy, bo rzeczywiście trudno jest dzisiaj przewidywać rozwój sytuacji. Nigdy nie spotkaliśmy się z kryzysem o takim charakterze. Czyli lepiej na razie, na moment, się wstrzymać, żeby przypadkiem gdzieś nie „wtopić”. Jeśli będzie tak, jak myślę, czyli, że koniec roku pokaże dynamiczną poprawę, powinno się także pozytywnie zmienić podejście banków. I oby oczywiście ten scenariusz się zrealizował.

No i trzeba wspomnieć o jeszcze jednym obszarze poszukiwania środków. A właściwie nie tyle poszukiwania, co ograniczania możliwości ich odpływu. Mam tu na myśli oczywiście oszczędności w firmach. To już się dzieje i dziać się będzie. Niestety, na pierwszy ogień bardzo często idą koszty pracy, albo przez zwolnienia, albo zmniejszanie wynagrodzeń. Ograniczenia dotkną kosztów marketingu, szkoleń i wielu, wielu innych obszarów. Prawdziwą skalę tego zjawiska poznamy dopiero w wakacje, kiedy po pierwsze będą się kończyć okresy wypowiedzeń, a po drugie skończą się państwowe pieniądze.
Czas jest trudny. I nawet, jeśli zobaczymy mocne odbicie w drugiej połowie roku, w co jak już napisałem wierzę, to do poziomów z 2019 roku najwcześniej wrócimy dopiero w roku 2022. I to z pewnością nie wszędzie. 

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o