Gospodarka hamuje, a inflacja rośnie

0
401

Poznaliśmy dane o PKB w czwartym kwartale 2019 roku. Zaskoczenia nie ma, bo być nie może. Skoro GUS podał wcześniej dane szacunkowe za cały rok wiadomo było, że w czwartym kwartale osiągniemy poziom mniej więcej 3%. Potwierdziły się także obawy dotyczące styczniowej inflacji. Wyskoczyła ona wyraźnie powyżej górnej granicy przedziału tzw. celu inflacyjnego.
Zanim przejdę do meritum, mała uwaga w kontekście tez, które w związku z danymi pojawiły się w wielu mediach. Wspominałem już o tym kilka tygodni temu, ale ponieważ temat jeszcze się rozkręcił chcę do niego wrócić. „Zaskoczenie”, „ku zaskoczeniu analityków” itd., itp. Tego typu oceny towarzyszyły informacji o inflacji w grudniu i w styczniu oraz PKB w całym roku, oraz – taka jest chronologia publikacji – w czwartym kwartale 2019. Otóż nie jest prawdą, że te dane wszystkich zaskoczyły. Spora grupa ekonomistów i analityków spodziewała się wyraźnego hamowania gospodarki i wyraźnego wzrostu inflacji. Jeśli mnie na przykład coś zaskoczyło, to raczej to, że inflacja wzrosła tak późno.
Wracając jednak to meritum. Gospodarka w czwartym kwartale urosła o 3,1% w ujęciu rocznym. A zatem wyraźnie wolniej, niż w trzecim kwartale, kiedy odnotowaliśmy 3,9%. Nie mamy jeszcze szczegółowych danych, ale wszystko wskazuje na to, że zawiodła przede wszystkim konsumpcja. I to może być dla niektórych zaskoczeniem, szczególnie w kontekście wprowadzenia programu 500+ na pierwsze dziecko. Z drugiej strony faktem jest, że mamy coraz więcej pieniędzy, ale jednocześnie rosną ceny. Dla niektórych być może to jest ograniczeniem w realizacji zakupów. Choćby związanych ze świętami Bożego Narodzenia, które w tym roku były wyjątkowo drogie. Tu nie działa jeszcze efekt rosnących cen. Wyraźniejszy ich wzrost może bowiem zachęcić nas do kupowania, „bo będzie jeszcze drożej”. Ale wszystko wskazuje na to, że to wciąż nie ten moment.
W jednym z poprzednich felietonów pisałem, przy okazji wstępnych danych o wzroście gospodarczym w całym 2019 roku, że od historii ważniejsza jest przyszłość, czyli rok obecny. Szczególnie, że mamy jednak wyraźny okres zmiany trendu. Dane o czwartym kwartale, wciąż wstępne i bez składowych, w żaden sposób nie zmieniły mojego podejścia do 2020 roku. Spodziewam się wzrostu gospodarczego na poziomie wyraźnie poniżej 3%. Czyli zdecydowanie niższym, niż założenia rządu, które mówią o 3,7%. Tak w każdym razie zapisano w uchwalonym właśnie budżecie. Drugą daną, która miała „zaskoczyć”, jest styczniowa inflacja. Już dane grudniowe pokazały kierunek. Wyraźny wzrost z 2,6% rok/rok w listopadzie do 3,4% rok/rok w ostatnim miesiącu roku musiał dać do myślenia. Biorąc jednak pod uwagę to, co wiedzieliśmy choćby w kontekście sytuacji na rynkach żywności, nośników energii czy pracy, szczególnie w kontekście płacy minimalnej, przekroczenie 4% w pierwszym kwartale 2020 było najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. I się wydarzyło. W styczniu ceny wzrosty o 4,4% w ujęciu rocznym, czyli najbardziej od ośmiu lat. Przypomnę, że Rada Polityki Pieniężnej chce inflacji w przedziale między 1,5% rok/rok a 3,5% rok/rok. Każdy, kto chodzi do sklepu, albo korzysta z podstawowych usług czuł pismo nosem. Jasnym jest, że nasze odczucia, czy nasze osobiste doświadczenia to nie są oficjalne, analizowane w uregulowany sposób, statystyczne dane GUS. Ale dysonans pomiędzy odczuwalną „drożyzną” a danymi, z których wynikało, że inflacja jest niewielka, był od miesięcy co najmniej męczący. I się właśnie skończył. Jeśli coś mnie tu zaskakuje, to właśnie to, że oficjalnie wyraźniejszy wzrost cen mamy dopiero teraz.
Dlaczego inflacja rośnie? O podstawowych kwestiach już napisałem. Od miesięcy obserwujemy wzrost kosztów, głównie pracy i energii. Swoje robi susza. Ale żywność nie tylko podrożała przez suszę. Wzrost płac i cen energii też przecież oznacza wyższe koszty dla rolników czy przetwórców żywności. Albo hurtowników. Na sklepach kończąc. Nawet jeśli w tym roku suszy nie będzie, a ma być, to wcale nie będzie to oznaczało, że będziemy kupować czereśnie po 3 złote za kilogram. Koszty pracy są już tak wysokie, że nie da się ich zebrać i sprzedać z zyskiem przy takiej cenie. Nawet przy klęsce urodzaju. Będziemy być może mieć je za darmo, albo za grosze, ale jak sami je sobie nazbieramy. Z tym, że biorąc pod uwagę wspomnianą suszę, raczej nie w tym roku.
Co jeszcze nakręca inflację? Na przykład podwyżki podatków, jak w przypadku alkoholu i papierosów, zmiany stawek VAT lub choroby, jak nieszczęsny ASF. Obserwujemy także wzrost cen podstawowych usług, jak choćby fryzjerskich, czy bardziej wyrafinowanych, jak usługi medyczne. Albo prozaicznych, jak wywóz śmieci. Te usługi często drożeją właśnie z powodu wzrostu kosztów pracy i energii, czyli koło się zamyka.
Co będzie dalej? Moim zdaniem z wysoką inflacją będziemy mieli do czynienia także w następnych miesiącach. Zresztą większość z nas się właśnie takiej sytuacji spodziewa. Przynajmniej tak mówią badania.
No i wciąż nie wiemy, co do nas może przyjść z zewnątrz. Obecne hamowanie gospodarki wynika z pogorszenia sytuacji w Europie, szczególnie w Niemczech. Ostatnie dane z Niemiec, choćby o zamówieniach w przemyśle, nie dają szansy na poprawę sytuacji. A co będzie w USA? Na razie widmo recesji stanęło przed Japonią, czyli drugą gospodarką globu. Trudno zatem o optymizm.
Na koniec powtórzę zatem to, co napisałem przy okazji publikacji wstępnych danych o PKB w roku 2019. Może nas czekać hamowanie gospodarki przy jednoczesnym wzrośnie inflacji. A to nie jest dobry scenariusz…

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o