Imperialne marzenia

0
28
REKLAMA

Tak było 25 lat temu, gdy w lecie ’89 roku Joanna Szczepkowska powiedziała w „Wiadomościach”, że 4 czerwca tamtego, przełomowego roku skończył się w Polsce komunizm. Szczepkowska miała oczywiście na myśli PRL, bo moim zdaniem w Polsce nigdy komunizmu nie było, ale tak czy siak, to, co powiedziała, było wstrząsające. Podobnie wstrząsający był artykuł Adama Michnika opublikowany na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” pod wszystko mówiącym tytułem „Wasz prezydent, nasz premier”. I tak się zresztą stało. Prezydentem, na krótko, został Wojciech Jaruzelski. Premierem, też nie na długo, Tadeusz Mazowiecki. Kilka miesięcy po przełomowym artykule Michnika jasnym było, że nasz powinien być nie tylko premier, ale i prezydent. Wkrótce potem został nim Lech Wałęsa. Wszystkie elementy tej układanki były dostępne już w 1989 roku, zaraz po czerwcowych wyborach, ale zanurzenie w teraźniejszość nie pozwalało większości z nas ich dostrzec.
Podobnie jest dzisiaj. Zapewne wiele osób coraz częściej zadaje sobie pytanie, czy Europie grozi wojna. Jeszcze rok temu takie pytanie było idiotyczne, bo wiadomo było, że nie grozi. Rok temu prawdziwym wyzwaniem był kryzys gospodarczy, kłopoty Grecji i całego południa kontynentu, ale na miły Bóg nie obawialiśmy się wojny. Dziś nadal jest ona mało prawdopodobna, ale jednak możliwa. I tu bardzo często odwołujemy się do naszej historii. Sposób, w jaki zachowuje się zachodnia Europa, porównujemy do zachowań bogatego zachodu w 1937 i 1938 roku. Hitler robił wówczas, co chciał, a Francja i Anglia odwracały głowę i mówiły, że nie dzieje się nic takiego, przeciwko czemu należałoby gwałtownie zaprotestować. No a potem było już za późno, mleko się rozlało i Europa musiała spłynąć krwią, by stworzyć nowy ład.
Czy ten ład na naszych oczach się rozpada? Prawdopodobnie tak. Podział świata ustalony w Jałcie i Teheranie u schyłku II wojny już nie obowiązuje, ale to nie znaczy, że jesteśmy w identycznej sytuacji jak 80 lat temu. Wówczas Niemcy zakwestionowali ustalenia traktatu Wersalskiego i ruszyli na podbój Europy. Tymczasem w 1989 roku Jałta i Teheran zmarły same na coś w rodzaju suchot. Blok wschodni rozpadł się przede wszystkim z powodów ekonomicznych. Centralnie zarządzane gospodarki nie były w stanie konkurować z przedsiębiorczym blokiem zachodnim i stało się to, co musiało się stać. Oczywiście jest tak, że Rosjanie źle się czują jako obywatele Rosji, która nie jest imperium. Nigdy nie wybaczą Gorbaczowowi, że dopuścił do rozpadu ZSRR, ale 2014 rok to zupełnie inny czas niż ten, który oddzielał dwie światowe wojny. Wtedy sensem wojen była nie tylko duma narodów, ale przede wszystkim interesy. Hitler parł na wschód, bo potrzebował żyznych terenów dla niemieckich rolników. Niemieckie wojska szukały źródeł surowcowych dla szybko rozwijającej się niemieckiej gospodarki. Dzisiaj ropa i gaz są nadal ważne, ale to nie surowce będą stanowiły o przyszłości narodów. I Putin doskonale o tym wie. Pół roku temu powiedział publicznie, że kiedyś ten fundament rosyjskiej gospodarki się wyczerpie. Po co najeżdża na Ukrainę? Moim zdaniem dla poprawienia samopoczucia Rosjan. Ale od poprawy samopoczucia nie zależy imperialność. Więc ta droga wkrótce się urwie i Rosja będzie musiała się cofnąć. A imperium będzie jedno, czyli liderem zostanie kraj, który stawia na rozwój nauki, technologii i na nowoczesność. Niestety, to nie jest Polska. To są Chiny.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments