Katastrofa PKW

0
73
REKLAMA

To zaufanie wcześniej dostało cios przy okazji katastrofy smoleńskiej, gdy okazało się, że prezydent naszego kraju i towarzyszący mu dostojnicy przewożeni są w sposób łamiący wszelkie procedury. Prawda, że po katastrofie rozwiązano 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, ale obywatele nigdy nie dostali odpowiedzi na pytanie, dlaczego pułk rozwiązano po katastrofie, a nie przed nią. Nie wzmacniało też zaufania obywateli do państwa to, co działo się po katastrofie. Śledztwo prowadzone przez polską stronę cały czas było (i cały czas jest) kwestionowane przez PiS, która to partia z powodów politycznych lansuje tezę o zamachu. Wszystko to działo się przy radosnej akceptacji Kremla, któremu pokłóceni Polacy są jak najbardziej na rękę.
Nie wzmacnia zaufania do państwa ani to, w jaki sposób państwo traktuje drobnych przedsiębiorców, ani to, jak często słyszymy o tym, że nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że gdzieś instytucje państwowe pozwoliły zakatować dzieci, ani wreszcie to, że czołowi polscy politycy dają się nagrać kelnerom.
W tych wyborach, które szczęśliwie mamy już za sobą, ale których nie powinniśmy zapomnieć, zaufania obywateli do państwa nie wzmacnia fakt, że wybory do sejmików wygrało PiS, ale najwięcej mandatów dostało PO. Przeciętny wyborca nie może tego zrozumieć, bo nie jest łatwo wytłumaczyć mu metodę podziału mandatów wymyśloną przez belgijskiego matematyka Victora D’Hondta.
Najbardziej emocjonalne wybory przeżyłem w 1995 roku. W drugiej turze wyborów prezydenckich starli się wówczas Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski. Pracowałem wówczas w TVP i wybory relacjonowałem z siedziby SLD. Po zamknięciu lokali wyborczych okazało się, że nie sposób jest powiedzieć, kto je wygrał. Niepewność trwała aż do północy, kiedy liczenie głosów zaczęło dawać przewagę Kwaśniewskiemu. Co zabawne, sprawność tamtego liczenia zawdzięczaliśmy między innymi dzisiejszemu głównemu winowajcy, Kazimierzowi Czaplickiemu.
Różniły się tamte czasy od teraźniejszości przede wszystkim tym, że wtedy nikt nie mówił o fałszowaniu wyborów, chociaż przegrany Lech Wałęsa miał zawsze skłonność do mówienia rzeczy, powiedzmy nieprzemyślanych. Ale do głowy mu wówczas nie przyszło, twierdzić, że ktoś fałszował wybory. Dzisiaj kilku polityków nie waha się stawiać takich zarzutów, co przede wszystkim obraża tysiące ludzi ciężko pracujących w lokalach wyborczych, w tym też kilka tysięcy mężów zaufania skierowanych tam właśnie przez PiS.
Wybory nie były sfałszowane, były skrajnie źle przygotowane, o czym najlepiej świadczy niewiarygodny wynik PSL. Ludowcy w żadnym poważnym sondażu nie przekraczali ostatnio 10%, w wyborach otrzymali ponad 23%. Wybory generalnie mają odzwierciedlać poglądy społeczeństwa, zatem wybory, po których dowiadujemy się, że co czwarty Polak wybiera PSL, są skrajnie niewiarygodne. Ale niewiarygodność, to nie fałszerstwo, to tylko jasny sygnał, że w przyszłości musimy te wybory przygotować lepiej. Pytanie tylko, kiedy ma nastąpić ta przyszłość. Moim zdaniem nie powinno się reagować zbyt nerwowo, bo wypaczenie wyników dotyczy tylko sejmików, a w tej części personalnej, czyli dotyczącej burmistrzów i prezydentów, było raczej normalnie. A wszelkie wątpliwości w konkretnych przypadkach powinny rozstrzygać sądy.
Osobną sprawą jest to, jaką katastrofą te wybory były dla IPSOS. Pracownia sondażowa czerpie wiarygodność z jedynych sprawdzalnych sondaży, jakimi są wybory. Fakt, że 16 listopada wyniki exit poll tak bardzo rozjechały się z rzeczywistością, jest dla IPSOS czymś namacalnie bolesnym, bo pokazuje, że pracownia ta nie potrafi zbadać opinii publicznej. A to, że stało się to nie całkiem z jej winy, nikogo nie będzie obchodzić.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments