Kiedy osiągniemy dno?

0
88
REKLAMA

To, że ograniczyliśmy wydatki konsumpcyjne, wynika z dwóch czynników. Pierwszy to realne pogorszenie naszej sytuacji materialnej. Oczywiście nie oznacza to, że pogorszyło się każdemu, ale jednak wiele rodzin ma mniej środków do dyspozycji. Mamy wzrost bezrobocia, a to oznacza, że część z nas straciła pracę. Trudno w takiej sytuacji nie ograniczać wydatków. W dodatku po raz pierwszy od prawie dziesięciu lat, od mniej więcej roku, obserwujemy spadek realnych wynagrodzeń. Nie w każdym miesiącu, ale jednak taka sytuacja jest dla Polaków czymś, czego dawno nie doświadczyli. Wprawdzie generalnie wynagrodzenia rosną, ale w 2012 roku standardem było to, że ich wzrost był mniejszy niż inflacja. Spadek realnych wynagrodzeń oznacza, że na mniej nas stać. Do tego trzeba dodać przykręcenie śruby kredytowej przez Komisję Nadzoru Finansowego, co dotknęło nas prawie dwa lata temu. No i wreszcie Rada Polityki Pieniężnej za późno zaczęła obniżać stopy procentowe. W efekcie tego kredyt był niepotrzebnie drogi, także kredyt konsumpcyjny, co oznaczało dodatkowe ograniczenie w dostępie do niego.
Do tych „twardych” przyczyn zmniejszenia konsumpcji trzeba dodać jeszcze efekt psychologiczny. Miesiące atakowania nas perspektywą dramatu, wieszczenia zapaści, prognozowania głębokiej recesji, czyli generalnie straszenia, przyniosło efekty. Oczywiście trudniej byłoby nas przestraszyć, gdyby nie doszło na przykład do wyraźnego wzrostu bezrobocia. Gdybyśmy nie słyszeli, a to niestety było faktem, o zwolnieniach grupowych, o tysiącach osób miesiącami poszukujących pracy czy o upadających zakładach przemysłowych. Ale w przestrzeni publicznej czarnowidztwo osiągnęło poziom, który z pewnością nie był adekwatny do rzeczywistej sytuacji. Ponadczternastoprocentowe bezrobocie jest z pewnością bardzo wysokie, szczególnie z perspektywy tych, którzy do grupy bezrobotnych należą. Pamiętamy jednak 2003 rok, kiedy poziom bezrobocia przekraczał 20%. Wtedy z pewnością mogliśmy mówić o dramacie, obecnie sytuacja jest jednak wyraźnie lepsza. Choć, jeszcze raz to powtórzę, czym innym jest spojrzenie makroekonomiczne, a czym innym perspektywa pojedynczego Kowalskiego. Gdyby bezrobocie w Polsce wynosiło 7%, czyli byłoby bardzo niskie, i akurat należałbym do grupy tych bezrobotnych, z pewnością byłaby to dla mnie trudna sytuacja. Tak czy inaczej, nasz strach, czyli psychologia, z pewnością jest także istotnym elementem powstrzymującym nas przed dokonywaniem zakupów. Boimy się jeszcze większego hamowania gospodarki, utraty pracy, generalnie tego, że będzie nam gorzej. I nawet jeśli nic się faktycznie złego nie stało, nie dotknęło nas bezpośrednio pogorszenie, ograniczamy wydatki konsumpcyjne. Przy czym przepowiednia dramatu działa jak samosprawdzająca się prognoza. Bo niższe wydatki to wolniejszy rozwój gospodarki.
Czy możemy liczyć na poprawę sytuacji w najbliższym czasie? Na wyraźny spadek bezrobocia czy pokaźny wzrost realnych wynagrodzeń nie możemy na razie liczyć. Powinien się natomiast poprawić dostęp do kredytów. Zarówno ze względu na zmiany, które przygotowuje Komisja Nadzoru Finansowego, jak i przez spadek stóp procentowych. Będziemy mieli wyższą zdolność kredytową i tańszy kredyt. Ale nie na wiele się to zda, jeśli nie poprawią się oczekiwania co do przyszłości. Musimy przestać się bać. Ale to nie jest takie proste. Potrzebne są dobre informacje. I miejmy nadzieję, że te, choćby dotyczące sytuacji w strefie euro, w najbliższych miesiącach nadejdą.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o