Kolej na kolej

0
76
REKLAMA

Pan mi powiedział, że nie powinienem liczyć, bo skład ciągnie EP 07, a to jest za słaba lokomotywa, by dojechać o czasie. Gdyby ciągnęła nas EU 09, to byśmy byli raczej o czasie. Podziękowałem panu i potem przez długie lata wiedziałem już, czy na starcie mam szansę dojechać na czas, czy też nie. Oczywiście sama EU 09 cudów nie sprawiała, ale dawała szansę.
Epizod drugi zdarzył się rok później. Tym razem jechałem z Krakowa do Warszawy. Był wrzesień i było po godzinie 20, więc było już ciemno. Miałem sporo do przeczytania, więc sobie czytałem aż do momentu, kiedy zorientowałem się, że coś za długo nie ruszamy. Sprawdziłem, pociąg był dobry, ale okazało się, że czekamy na jakiś pociąg z Nowego Sącza. Czytałem dalej. Przestałem czytać, gdy pociąg ruszył bowiem straciłem światło z peronu, a wagon, w którym siedziałem, nie miał światła. Przeszukałem pociąg i nie znalazłem wolnego miejsca ze światłem. Gdy przyszedł konduktor, odmówiłem mu okazania biletu. Argumentowałem tym, że mój bilet jest jedynym dowodem mojej umowy z PKP, a ponieważ jasno widać, a właściwie widać, że nie widać, to ja w konduktorze widzę przedstawiciela instytucji, która nie dotrzymuje umów, więc boję się, że on mi ten bilet zabierze… Potem dodałem, że w dodatku w toalecie nie ma wody, no bo nie było. Skutek był taki, że na dworcu Warszawa Zachodnia czekało na mnie dwóch policjantów, a na Centralnym jeszcze trójka, w tym jedna policjantka. Spisali mnie, a potem dostałem z PKP wezwanie do zapłacenia jakiejś monstrualnej kary. Gdy postanowiłem iść z tym do sądu, PKP się wycofało.
Epizod trzeci zdarzył się w pociągu z Poznania. W toalecie znalazłem wywieszkę – „Zostaw toaletę w stanie, w jakim chciałbyś ją zastać”. Gdy przyszedł konduktor, poprosiłem go o wiadro wody, jakiś płyn i ścierkę, bo bez tych środków nie będę w stanie umyć toalety. Konduktor nie zrozumiał żartu i tylko coś warknął.
To tylko trzy z moich licznych przygód w PKP, ale wystarczą one, by jasnym było, że nie mam ja z PKP lekko i że mam o tej instytucji zdanie – delikatnie mówiąc – nie najlepsze. Z ochotą zatem przyjąłem zaproszenie na przedpremierową jazdę pociągiem Pendolino z Warszawy. Ciekaw byłem i pociągu, i nowych ludzi w PKP, firmy totalnie zaniedbanej i do niedawna rządzonej przez różnych „leśnych dziadków”. I niech sobie różni ludzie mówią, że pieniądze wydane na Pendolino to marnotrawienie publicznych środków. Ja jechałem fantastycznym pociągiem w rekordowym czasie na trasie Warszawa – Sopot i z powrotem. Rozmawiałem z młodymi ludźmi, którzy w pełni identyfikują się z projektem, który można nazwać „Marzenia się spełniają”. Rozmawiałem z maszynistą, który bliższy jest pilotowi Boeinga niż tradycyjnemu maszyniście. Rozmawiałem z konduktorką, z którą często jeździłem w tamtej, szczęśliwie minionej rzeczywistości. Wszyscy oni mają jedną wspólną cechę. Oczy im się świecą, gdy mówią o tym, jak ta nasza kolej będzie wyglądała już za parę miesięcy, a jak za następnych kilka lat.
Rozmawiałem też z panem, który nadzoruje punkt serwisowy Pendolino. Każdy z tych pociągów co trzy dni będzie przechodził pełną kontrolę w hali na warszawskim Grochowie. I to nie jest jakiś warsztat. To jest Huston, to jest miejsce, gdzie doskonale wykształceni młodzi Polacy robią rzeczy niezwykłe, a dla ludzi mojego pokolenia często i niezrozumiałe. To jest zupełnie inny świat niż ten, który znałem z długich lat moich nieszczęsnych kontaktów z PKP. W dodatku dowiedziałem się, że PKP kupuje pociągi także w PESIE z Bydgoszczy i w NEWAGU z Nowego Sącza. Super. Mam nadzieję, że nie jestem jakimś fantastą. Ale coś czuję, że moja wieloletnia wojna z zasyfionym PKP dobiegła końca. Ależ to ulga.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments