Kolejna afera?

0
54

2,6 mld złotych. To z pewnością kwota, która robi wrażenie. W szczególności, gdy zestawimy ją ze stratami, jakich doznali ci, którzy uwierzyli w Amber Gold. Jeśli faktycznie ponad dwa i pół miliarda złotych z wyemitowanych obligacji miałoby nie wrócić do inwestorów, mówimy tu o kwocie trzy razy większej niż w przypadku gdańskiej spółki. Problem w tym, że na razie trudno powiedzieć, czy faktycznie istnieje takie niebezpieczeństwo. W przypadku Amber Gold ci, którzy powierzyli mu środki, mogą liczyć, jak się wydaje, na zwrot co najwyżej kilku procent. W przypadku GetBack nic na razie nie wskazuje na to, aby straty miały być tak potężne. Jak rozumiem, a póki co nikt nie twierdzi, że jest inaczej, środki szły jednak na podstawową działalność. Czyli jakąś wartość za nie kupowano.
Pamiętam moment, kiedy GetBeck wchodził na giełdę. Cudów nie było, ale jednak jakiś wzrost odnotowano. Samej emisji towarzyszyła jednak atmosfera optymizmu związana z rynkiem, na którym firma działa. Oczywiście nie mam tu na myśli optymizmu tych, którzy z jakichś powodów nie są w stanie obsługiwać swojego zadłużenia. Chodzi mi o to, że ostatnich kilkanaście lat to ogromny rozwój firm, które zajmują się właśnie wierzytelnościami. Wyrosły niemalże od zera, obracają olbrzymimi pieniędzmi i realizują spore zyski. I w dalszym ciągu perspektywy dla tego rynku, wydają się dobre.
Nie oznacza to jednak, że każdy sobie na nim poradzi. Samo to, że firma działa na obiecującym rynku nie oznacza, że musi odnieść sukces. A nawet jeśli go odniosła (z pewnością w momencie wejścia na GPW GetBack to była historia sukcesu), nie znaczy, że wciąż będzie w stanie się sensownie rozwijać.
Nie wiemy dzisiaj tak naprawdę, co nie zagrało. Zakładam, że dane zamieszczone w prospekcie emisyjnym były prawdziwe. Wtedy nic jeszcze nie wróżyło problemów z obsługą zadłużenia. Mało tego, jeśli robi się emisję, to dostaje się żywą gotówkę, czyli powinno być lepiej, o ile się nie przesadzi. Być może GetBack poszedł po prostu zbyt szeroko, zbyt mocno inwestował w poszczególne pakiety wierzytelności i doszedł do punktu, w którym nie był w stanie „zdążyć” ze spieniężeniem nabytych aktywów, żeby móc obsługiwać dług. A może jest jednak jakieś drugie dno, ktoś rzeczywiście popełnił przestępstwo? Zapewne najbliższe miesiące przyniosą nam wiele informacji na ten temat. Ja chciałem jednak zwrócić uwagę na coś innego.
Po pierwsze, już na początku zaczęło się poszukiwanie winnych spoza firmy. Na czele z nadzorem. Być może Komisja Nadzoru Finansowego popełniła jakieś błędy, ale samo to, że firma nie wykupiła obligacji, nie oznacza z automatu, że winę ponosi KNF. Musimy jasno zrozumieć jedną rzecz:: KNF to nie jest audytor czy analityk, który mówi nam, w co warto inwestować, a w co nie i czy firma prowadzi dobrą politykę inwestycyjną. Dobrą w sensie konkretnych decyzji. KNF może analizować działania pod kątem zgodności przyjętego modelu z realiami, czyli na przykład, czy fundusz akcyjny inwestuje w akcje. Ale nie może dawać rad: kupuj albo nie kupuj. To nie jest rola nadzoru. Jeśli środki z emisji szły na cele nie związane z emisją – to coś innego. Ale póki co takich informacji nie ma.
Po drugie, w większości były to emisje prywatne, czyli niebędące pod nadzorem KNF. Owszem, Komisja ma pilnować choćby tego, żeby pod szyldem emisji prywatnych, które zgodnie z prawem mogą być skierowane do ograniczonej liczby potencjalnych chętnych, nie realizowano quasi emisji publicznych. Na dzisiaj nie wiemy jednak, czy tak było. Faktem jest jednak, że z założenia emisje prywatne mają być małe. GetBack pozyskał zaś miliardy złotych, bo robił ich bardzo wiele. Unikał w ten sposób emisji publicznej wymagającej zgody KNF i znacznie bardziej pogłębionej analizy. Oczywiście emisje publiczne też realizował, ale nie były one dominujące. Może jest to dziura w przepisach, ale na razie nie wiemy, czy doszło do złamania prawa.
No i na koniec jeszcze jedna kwestia. Zawsze staram się o niej przypominać. Ryzyko inwestycyjne to niebezpieczeństwo tego, że nie zarobimy lub wręcz stracimy. W każdym kraju wyznacznikiem bezpieczeństwa są obligacje skarbowe. Jeśli ktoś oferuje nam więcej, niż możemy zarobić na obligacjach skarbowych, to znaczy, że ryzyko jest większe. I o tym trzeba pamiętać. Większe, czyli swoich pieniędzy, przynajmniej ich części, możemy nie zobaczyć. Nikt z nas odpowiedzialności za wzięcie na siebie ryzyka nie ściągnie.
Powtarzam: dzisiaj nie wiem, co się wydarzyło w GetBack. Być może ktoś popełnił jakieś przestępstwo. Ale może też być tak, że nie ma tam żadnej kradzieży ani oszustwa. Nie ma także błędów KNF. Po prostu ktoś nie poradził sobie z zarządzeniem działalnością. Jej skala była za duża, coś się zacięło, coś nie zadziałało. Tak też mogło być. Bo w działalności biznesowej pewności nie ma. Pamiętajmy o tym przy realizowaniu inwestycji. Pamiętajmy o ryzyku. Inna sprawa to pytanie, czy pamiętali o nim ci, którzy oferowali obligacje GetBack. Albo przynajmniej o tym, żeby na ryzyko zwracać uwagę. Są pogłoski, że obligacje GetBack niektórzy sprzedawali jako papiery pewne. Jest też pytanie o to, czy respektowano zasady kierowania oferty do osób zaznajomionych z realiami rynków finansowych.
Najbliższe miesiące pewnie przyniosą nam odpowiedzi na te pytania.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o