Kombinacje

0
10

Polska, niestety, musi się zadłużać w związku z pandemią koronawirusa. To jedyny i stosowany wszędzie na świecie sposób, żeby zebrać pieniądze na przeciwdziałanie gospodarczym skutkom tej choroby. Ale, niestety, znowu polski rząd kombinuje w kwestii pokazania rzeczywistego przyrostu długu. Z pewnością wiarygodności nam to nie przysporzy.
Wyobraźcie sobie Państwo, że prowadzicie kiosk warzywny. I że potrzebujecie pieniędzy. Ale nie chcecie przed żoną/mężem ujawnić tego, że wzięliście pożyczkę od Waszego kolegi. Podstawiacie zatem innego kolegę, wspólnego znajomego, który nie ma żadnego majątku, i który bierze pożyczkę u tego pierwszego kolegi, ale to Wy jesteście gwarantem pożyczonych środków. Przy czym Wasza księgowa informuje Waszą żonę/męża, że żadnego długu nie wzięliście, bo zgodnie z umową z księgową ma ona informować współmałżonka tylko o pożyczkach, a o gwarancjach już nie. Oczywiście od razu wiadomo, że to Wy tak na koniec będziecie musieli spłacić ową pożyczkę. Czy zatem de facto jest to Wasza pożyczka, czy nie? Oczywiście, że jest Wasza, choć oficjalnie jej nie ma.

REKLAMA

Tego typu kombinacje stosuje obecnie nasz rząd. Polski Fundusz Rozwoju emituje swoje obligacje, dzięki którym zbierze 100 mld złotych na pomoc dla firm. Czyli zaciągnie dług. Tylko dlatego te obligacje da się sprzedać po relatywnie wysokich cenach, nieodbiegających istotnie od cen obligacji skarbowych, że skarb państwa gwarantuje za Polski Fundusz Rozwoju. Czyli i za te obligacje. Dla porządku obligacje skarbowe to te, które emituje bezpośrednio skarb państwa po to, żeby zebrać pieniądze na zasypanie dziury w budżecie, albo po to, żeby wykupić obligacje wcześniej wyemitowane.
Po co to wszystko? Ano po to, że zgodnie z polskimi przepisami te obligacje nie wchodzą w dług publiczny, bo Polski Fundusz Rozwoju nie jest w tym rozumieniu częścią finansów publicznych. Czemu nie jest? Bo nie.

Żeby nie było wątpliwości, obecny rząd nie jest pierwszym, który tego typu kombinacje – mówiąc kolokwialnie – odstawia. Wystarczy przypomnieć sobie pomysły Grzegorza Kołodki. Albo, jeszcze lepiej, działania poprzedniej koalicji. Zderzona z wielkim kryzysem finansowym 2008‒2009, a potem kryzysem strefy euro 2012‒2013 musiała stawić czoła pogarszającej się sytuacji finansów publicznych. I nagle się okazało, że na przykład dług Funduszu Budowy Dróg i Autostrad to nie jest dług wchodzący w skład długu sektora finansów publicznych.

Oczywiście, ani Komisja Europejska – jesteśmy w końcu w Unii Europejskiej, ani inwestorzy nie są na tyle nieporadni, żeby nabierać się na takie hocki klocki. Pamiętam wywiad z Jackiem Rostowskim, ówczesnym ministrem finansów, który żalił się, że Komisja Europejska wyliczyła znacznie większy dług, niż on. Myślę, że bardzo dobrze zagrał swoje zaskoczenie, bo doskonale zdawał sobie sprawę z rzeczywistości. Podobnie będzie i teraz. To znaczy również teraz dane choćby Komisji Europejskiej będą zupełnie inne, niż nasze oficjalne.

Po co rząd to robi? Pewnie głównie po to, żeby nie zbliżyć się do progów bezpieczeństwa zapisanych w ustawie o finansach publicznych, szczególnie do progu 55% długu w stosunku do PKB. Jego przekroczenie skutkuje wieloma sankcjami, zwłaszcza koniecznością realnego zrównoważenia kolejnego budżetu. Ale takie podejście prowadzi do fikcji. Prowadzi do tego, że kombinujemy, że pokazujemy nieprawdziwe dane, bo taka jest prawda, tylko po to, żeby dług w rozumieniu polskich przepisów był niższy. Nieprawdziwe dane, bo rzeczywiste zadłużenie jest wyższe. Zadłużenie całego, naprawdę całego sektora finansów publicznych.
A jakie może być to zadłużenie? Najważniejsza jest nie tyle sama wielkość długu, co jego wartość w relacji do PKB. Czyli do wartości gospodarki. Jak wiemy poziom bezpieczeństwa w Unii Europejskiej to 60%. W konsekwencji poprzednich wspomnianych przeze mnie kryzysów, dotarliśmy w okolice 57%. Oczywiście zgodnie z tym, co liczy Komisja Europejska. Teraz może być gorzej. Obok wzrostu samego zadłużenia, mam tu na myśli nie tylko przyrost wynikający z oficjalnego deficytu budżetowego w tym roku, ale także wzrost zadłużenia Polskiego Funduszu Rozwoju, Banku Gospodarstwa Krajowego i być może paru mniejszych podmiotów, a także ten wynikający z osłabienia się złotego, może dojść efekt realnego spadku PKB. Przedtem takiej sytuacji nie było. W dodatku obok zbierania pieniędzy na pomoc walczącej z kryzysem gospodarce, zawalenie się tej gospodarki oznacza wyraźnie niższe wpływy do budżetu. W zasadzie ze wszystkich podatków, ale szczególnie z podatku VAT. Może się zatem okazać, że będzie się trzeba relatywnie bardziej zadłużać. Wszystko to prowadzi mnie do wniosku, że dług sektora finansów publicznych w stosunku do PKB, oczywiście ten prawdziwy, liczony choćby zgodnie z zasadami jakimi posługuje się Komisja Europejska, może przekroczyć 60% PKB. Po raz pierwszy w historii. 
Czy będzie to katastrofa? Oczywiście nie. Dzisiaj wszyscy się zadłużają, bo innej opcji nie ma. Nikt się o to nie obrazi. Ale po opanowaniu sytuacji będzie trzeba pokazać wiarygodny sposób na ograniczenie tego długu. Jeśli świat nam uwierzy, uwierzy w nasz plan, to żadnych istotnych negatywnych reperkusji nie będzie. Ale żeby nam uwierzył, musimy być wiarygodni. A czy takie kombinacje, jak te, które obserwujemy obecnie naszą wiarygodność poprawiają?

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o