Koniec kryzysu?

0
35

Patrząc na sytuację najważniejszych światowych giełd można dojść do wniosku, że oto kryzys koronawirusowy już się skończył. Wróciliśmy niemalże do poziomów sprzed ostatniej potężnej przeceny. A w przypadku amerykańskiego rynku nowych technologii jesteśmy już nawet powyżej.
NASDAQ to druga z najbardziej znanych amerykańskich giełd. Powstała ona w roku 1971 i była pierwszą giełdą z w pełni elektronicznym obrotem akcjami. Pomysłodawcy chcieli, aby parkiet ten kojarzył oferty kupna i sprzedaży walorów głównie spółek technologicznych. I rzeczywiście początek to przede wszystkim debiuty firm z branży informatycznej. Jej główny indeks to NASDAQ, a dokładnie NASDAQ Composite i pod koniec zeszłego tygodnia, po raz pierwszy w historii, przekroczył on poziom 10100 pkt. Tym samym nie tylko odrobił cały spadek związany z koronawirusem, ale ustanowił nowy, i to wyraźny, rekord. Poprzedni szczyt został ustanowiony pod koniec lutego tego roku i wynosił niecałe 9800 pkt. Potem przyszła potężna przecena i wylądowaliśmy w okolicach 7000 pkt. Cały ten zjazd zajął zaledwie trzy tygodnie. Tąpnięcie było zatem i szybkie, i głębokie. Minęły jednak trzy miesiące i straty z nawiązką zostały odrobione.

REKLAMA

W przypadku najważniejszego indeksu giełdowego świata aż tak dobrze, co prawda, nie jest, ale i tak, de facto, wróciliśmy do sytuacji sprzed koronawirusa. Dow Jones, bo o nim mowa, główny indeks największej giełdy świata, czyli New York Stock Exchange wrócił w okolice 28 tysięcy punktów. Do rekordowych poziomów z końca marca zabrakło zaledwie około 1500 pkt. W trzecim tygodniu marca Dow Jones był w okolicach 1850 pkt. Widać zatem wyraźnie, ile udało mu się odrobić.
Mało tego. W ostatnich dniach po raz pierwszy w historii zobaczyliśmy spółki warte ponad 1,5 biliona dolarów. Chodzi tu o Apple i o Microsoft. Widać zatem wyraźnie, że w USA hossa wróciła.

Podobną sytuację obserwujemy na zdecydowanej większości parkietów świata. Na niektórych wzrosty są mocniejsze, jak w Niemczech, na niektórych słabsze, jak w Londynie. Ale są, i to wyraźne. Także na rynkach mniejszych, takich choćby jak Polska, czy Węgry. W takiej sytuacji musi się rodzić pytanie: skoro giełdy są barometrem oczekiwań co do przyszłej sytuacji gospodarczej, to czy kryzys koronawirusowy mamy już za sobą?
Z pewnością po przerażeniu, które charakteryzowało rynki w pierwszym momencie zetknięcia z pandemią, śladu już nie ma. Rzeczywiście optymizm powrócił. Wynika on przynajmniej z dwóch czynników.

Po pierwsze, z potężnej akcji wspomagania gospodarki światowej. To już ponad 10 bilionów dolarów w programach ogłoszonych i realizowanych dla ratowania przedsiębiorstw i wspomagania mających problemy mieszkańców poszczególnych krajów. Mało tego, prawdopodobnie to nie koniec. Wiele rządów już daje sygnały, że jak będzie trzeba, to się dołoży. Zresztą sporo pakietów pomocowych wyraźnie wzrosło od momentu ich pierwszych zapowiedzi. Dobrym przykładem są tu Niemcy. Pierwotnie mówiono o 750 mld euro. Teraz jest to już grubo ponad bilion euro. Propozycja Komisji Europejskiej, propozycja, która ma zaledwie tydzień, to kolejne 750 mld euro dla krajów UE. I tak można by wyliczać. Oczywiście te pieniądze to wzrost długu, ale na razie nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Co ważne, w większości krajów na świecie, pieniądze te prawie natychmiast zaczęły trafiać do potrzebujących. A zatem już dzisiaj działają. Wszystko to rodzi wiarę w dynamiczne odbicie. I stąd popyt na giełdach.

Po drugie, obserwujemy drukowanie pieniędzy na niespotykaną skalę. Oczywiście nie w fizycznej postaci, ale oznacza to to samo: rośnie podaż pieniądza. Czyli pieniądza jest więcej. A skoro tak, to coś z nim przecież trzeba zrobić. Lutowo – marcowe giełdowe tąpnięcie dla wielu było mocnym sygnałem do zakupów. No i na te zakupy poszli. Efekty widzimy. Ważne jest też to, że alternatywy są dość niejasne. Obligacje skarbowe mają rekordowo niskie rentowności, czyli mało się na nich zarabia, co jest w sporej części efektem obniżek stop procentowych dokonywanych przez banki centralne. A np. nieruchomości, które też mocno w ostatnich latach drożały, przynajmniej w większość miejsc na świecie, na razie istotnie nie tanieją. Tu zatem trudniej zobaczyć okazję.
Pytanie, które musimy sobie zadać, to pytanie o to, czy obecne wzrosty będą trwałe? Po rekordach NASDAQ nie ma już śladu, ostatnie dni to znowu przecena, choć trudno mówić o mocnej korekcie. W chwili, kiedy piszę te słowa jesteśmy w okolicach 9500 pkt. Ale to jeszcze nic nie znaczy. Dla utrzymania wzrostów kluczowe będzie oczywiście to, czy uda się dynamicznie wyjść z kryzysu w drugim półroczu 2020 roku. Nie mamy jeszcze danych za drugi kwartał, wydaje się, że one także mogą nieco ostudzić inwestorów, choć pewnie w większości są już w cenie. Dla wielu z nich to już historia. Ale brak realizacji scenariusza dynamicznego odbicia z pewnością ostudziłby kupujących.
No i jeszcze jedna kwestia. Nawet, jeśli dynamiczne odbicie nastąpi, to ile ta hossa potrwa? Przecież świat po koronawirusie to świat zadłużony, w dodatku z ogromną ilością wydrukowanych pieniędzy. Walka z konsekwencjami tych dwóch procesów nie musi, delikatnie mówiąc, iść w parze ze wzrostami na giełdach. Może zatem spadki kończące jedenastoletnią hossę na giełdach w USA jeszcze przed nami? Może to, co widzieliśmy pod koniec lutego i na początku marca, to jednak mocna, głęboka, ale tylko korekta?

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o