Kto kupi mBank?

0
251

Jak wiemy, jeden z największych polskich banków, mBank, jest na sprzedaż. W ciągu najbliższych miesięcy dowiemy się, kto stanie się jego nowym właścicielem.
Dwadzieścia lat temu, kiedy zaczynałem pracę w banku, oficjalny przekaz dotyczący systemu bankowego był taki, że trzeba go prywatyzować. Nie chodziło jednak o to, żeby stał się on własnością polskich przedsiębiorców. Byłoby to o tyle problematyczne, że nie było wtedy w Polsce podmiotów prywatnych, które byłyby w stanie wydać kilka miliardów złotych własnych środków i kupić duży bank. Brak kapitału był największą bolączką polskiej gospodarki. W dużej mierze jest tak zresztą do dzisiaj, choć oczywiście sytuacja wyraźnie się pod tym względem poprawiła.
Tak więc kolejne banki były prywatyzowane. Większość argumentów realizacji takiego procesu, kierowana do młodych bankowców, takich jak moi koledzy i ja, trafiała. Szczególnie zaś do nas, pracujących w dealingu. To w każdym banku miejsce specyficzne. To punkt styczności z rynkami finansowymi. A zatem w dużej mierze miejsce dające powiew wielkiego świata przez kontakt z różnymi międzynarodowymi instytucjami. Którymi, jak choćby wielkie banki inwestycyjne, byliśmy w jakiejś mierze zafascynowani. W takich okolicznościach argumenty o tym, że prywatyzacja sektora bankowego będzie oznaczała dokapitalizowanie banków, dostęp do finansowania na najważniejszych rynkach i restrukturyzację w rozumieniu nowoczesnych technologii i nowych produktów, wydawały się logiczne. Tym bardziej, że przecież „kapitał nie ma narodowości”. A zatem decyzje podejmowane przez właścicieli będą optymalne dla należących do nich banków. Inne przesłanki nie będą istotne. Taki przekaz nam wtedy serwowano.
Dopiero wiele lat później zobaczyliśmy, że z tym kapitałem to tak do końca jednak nie jest. Mam tu na myśli choćby czas kryzysu 2008 – 2009, kiedy dość jednoznacznie wskazywano na konieczność walki przede wszystkim o „swoje”. A choćby ówczesny prezydent Francji, czy ówczesny premier Włoch, w ogóle nie próbowali tego ukrywać. Szybko zobaczyliśmy także, że i z transferem „nowego” to też cudów nie ma. Przecież nowoczesne systemy można kupić, nie jest do tego potrzebny zagraniczny inwestor, a stosowania różnych instrumentów można się nauczyć. To też nie jest problem. Jedynie argument o kapitale rzeczywiście miał sens. Chociaż bywało i tak, że tego kapitału za dużo do danego banku nie wpłynęło, a inwestycja zagranicznego podmiotu była jedynie czystą inwestycją finansową. Kupić i zarabiać na tym, co jest. Na dobrze rozwijającym się rynku. Zyskiwał jedynie budżet państwa.
Jednak już wtedy, na przełomie wieków, nawet uwzględniając argumenty „za”, zastanawialiśmy się w dealingu, czy aby nie przesadziliśmy z liczbą tych prywatyzacji. Skoro ponad 80% wartości aktywów sytemu bankowego była pod kontrolą podmiotów zagranicznych. Wtedy takie myślenie nie spotykało się ze specjalną życzliwością. Ale 2008 i 2009 rok pokazał, że może to być po prostu niebezpieczne. Owszem, można na przykład kontrolować przepływy między właścicielem a spółkami córkami będącymi jego własnością, ale jednak nie do końca może to być efektywne. Czyli ryzyko ratowania „matki”, czyli właściciela, kosztem „córki” jednak jest. Tak czy inaczej, to właśnie po kryzysie nawet część z tych osób, która dekadę wcześniej optowała za szeroką prywatyzacją zaczęła zmieniać zdanie. Powstało nawet pojęcie „udomowienia” polskich banków. I proces ten zaczął się już za poprzedniej koalicji transakcją zakupu akcji Alior Banku przez PZU.
Skoro dwadzieścia lat temu nie byłem specjalnym fanem sprzedaży banków zagranicznym inwestorom, choć rozumiałem argumenty „za”, to trudno żebym był teraz. Ale „udomowienie” i „upaństwowienie” to dwa różne pojęcia. A niestety to, co teraz obserwujemy, to właśnie upaństwowienie. Nie jestem zwolennikiem własności państwowej w gospodarce w ogóle, a w bankowości w szczególności. W polskim wydaniu oznacza to na przykład brak stabilności zarządzania. Owszem, mamy tu wyjątki, ale raczej potwierdzające regułę. A ów brak stabilności to tylko jeden z wielu problemów. Udomowienie tak, upaństwowienie niekoniecznie. Problemem jest jednak to, jak udomawiać bez państwa, skoro kapitału prywatnego w Polsce wciąż jest mało.
Pod kontrolą państwa jest już w Polsce około 50% wartości aktywów w systemie bankowym. Ewentualne upaństwowienie, w takiej czy innej formie mBanku, podwyższy ten wskaźnik wyraźnie. Niektórzy przedstawiciele rządu dają sygnały, że i w tym przypadku może się skończyć na przejęciu kontroli nad tym bankiem przez państwo. Nawet, jeśli jakiś inwestor prywatny, zapewne zza granicy, da bardzo wysoką cenę, to i tak na transakcje musi się zgodzić choćby Komisja Nadzoru Finansowego. Czyli można tym procesem jednak jakoś zarządzać. Czy zatem mBank będzie de facto upaństwowiony? Jednak wolałbym, aby tak się nie stało. Także ze względu na konkurencję w systemie bankowym.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o