Kupowanie (sprzedawanie) przyszłości

0
90

W ciągu kilku dni najważniejszy indeks nowojorskiej giełdy stracił 13%. Stało się to pomimo tego, że dane płynące z amerykańskiej gospodarki wciąż są niezłe. Cóż zatem się wydarzyło, że doszło do tak panicznej wyprzedaży?
Między 24 lutego a 3 marca 2020 roku główny indeks amerykańskiej giełdy New York Stock Exchange, czyli Dow Jones, stracił kilkanaście procent. Spadł z poziomu 29000 pkt do poziomu poniżej 25000 pkt. Tymczasem nie wydarzyło się nic, biorąc pod uwagę twarde dane opisujące największą gospodarkę świata, co by miało poskutkować takim tąpnięciem. Owszem, niektóre wskaźniki sugerują, że już nie jest tak dobrze, jak jeszcze rok temu, choćby produkcja przemysłowa, ale z drugiej strony wciąż mamy niezłe dane na przykład z rynku pracy. Od wielu miesięcy piszę o tym, że okres świetnej koniunktury w USA trwa już bardzo długo, bo od roku 2010, to najdłuższy taki okres po drugiej wojnie światowej, ale faktem jest, że oznaki zbliżania się jakiegoś poważniejszego hamowania są, w najlepszym razie, niejednoznaczne. Tymczasem stało się to, co się stało.
Oczywiście winę za tę sytuację ponosi epidemia koronawirusa. Na początku informacje z Chin przyjmowane były przez amerykańskich inwestorów dość spokojnie. Jeszcze pierwsze sygnały o wstrzymaniu produkcji przez niektóre firmy, głównie z branży automotive nie wywoływały jakichś poważnych problemów. Miarka przebrała się jednak 24 lutego. I zaczął się jeden z najbardziej spektakularnych zjazdów, jakie obserwowaliśmy na największej giełdzie świata.
Dlaczego koronawirus tak przeraził inwestorów? Bo giełda to przede wszystkim kupowanie przyszłości. Kupowanie tego, co się wydarzy w poszczególnych firmach. Jak poradzą sobie, co wymyślą, jak uda im się funkcjonować na tle konkurentów. Oczywiście, kiedy pojawiają się dobre dane dotyczące przeszłości, na przykład o wygenerowanych zyskach, akcje danej spółki najczęściej także drożeją. Ale głównym powodem tego stanu rzeczy jest wiara w to, że pokaźne zyski zobaczymy także w przyszłości. Bo to będzie oznaczało kolejne wzrosty cen akcji i zarobki tych, którzy dzisiaj te akcje kupują. Faktem jest, że nie musi tak być. Ale wielu inwestorów w to wierzy. Choć żadnej gwarancji realizacji takiego scenariusza nie ma.
Przyszłość nie musi dotyczyć konkretnej firmy. Może dotyczyć całej branży, albo wręcz całej gospodarki. Możemy na podstawie jakichś przesłanek wierzyć, że po prostu przychodzą świetne czasy, albo wręcz przeciwnie, bać się tego, że zdarzy się naprawdę poważny problem, który będzie rzutować na wszystkich. I wtedy też podejmujemy decyzje o tym, by kupić lub sprzedać akcje.
I właśnie to stało się 24 lutego. Coraz więcej negatywnych informacji o możliwym wpływie koronawirusa przechyliło w końcu szalę goryczy i zaczęła się wyprzedaż. W oparciu o to, co się może wydarzyć. W związku z tym, do czego koronawirus może doprowadzić. Czyli jak bardzo może wyhamować gospodarczy świat.
Oczywiście do tego wszystkiego trzeba dodać działanie spekulantów, dla których potężny, szybki spadek, to szansa na zysk. Bo albo zarabiają na spadkach albo na przykład chcą kupić akcje, tyle tylko, że po dużo niższych cenach. W tym konkretnym przypadku wywołanie spadków było o tyle prostsze, że nowojorska giełda znowu była na historycznych szczytach. I bez poważniejszej korekty od lata 2019 roku. Indeksy rosły co chwilę, osiągając rekordy i nic się nie działo. Aż do paniki, bo chyba można użyć takiego określenia, która zaczęła się 24 lutego.
Oczywiście w ślad za USA poszły inne giełdy, także giełda warszawska. Czerwony kolor dominował na wszystkich parkietach. Dopiero od 3 marca sytuacja się uspokoiła, udało się nawet część strat odrobić. Początek tego tygodnia znowu był jednak nerwowy, także na skutek sytuacji na rynku ropy.
Póki co, a piszę te słowa tydzień po spektakularnym rajdzie w dół, koronawirus nie spustoszył światowej gospodarki. Gdyby w tej chwili ktoś ogłosił, że ma skuteczną kurację ograniczającą do minimum ryzyko zgonu w wyniku zachorowania na zapalenie płuc wywołane koronawirusem, wpływ epidemii na światowe PKB byłby nieznaczny. Najpoważniejszy oczywiście w Chinach, w których cześć firm po prostu zamarła. Jeszcze w grudniu prognozowano, że druga gospodarka świata osiągnie w pierwszym kwartale 2020 roku wzrost gospodarczy na poziomie 6% rok/rok. Wszystko wskazuje na to, że będzie to około 5,5%-5,6%. Ale w Stanach wpływ byłby naprawdę śladowy, podobnie zresztą jak w Polsce. Cały ten spadek giełdowy wynika zatem ze strachu przed tym, co się może wydarzyć. Może, ale nie musi. No, ale tak właśnie w dużej mierze działają rynki finansowe.
Co będzie dalej? Trzeba by było najpierw odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo epidemia koronawirusa się jeszcze rozprzestrzeni, a tu prognozy są bardzo różne. Nie wiemy zatem, co będzie w gospodarce. A ta niewiedza nie sprzyja wzrostom na giełdach. Powrót do wyraźniejszego optymizmu w USA, a tym samym na świecie, będzie zatem trudny. I to pomimo nadzwyczajnych działań ze strony zarówno amerykańskiego banku centralnego, który obniżył stopy procentowe, jak i amerykańskiej administracji, która zapowiedziała miliardowe programy wsparcia dla firm.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o