Mam straszne podejrzenie

0
86
REKLAMA

Na przykład ta historia z prokuratorem, co to niby popełnił samobójstwo, żeby już po dwóch godzinach zacząć udzielać wywiadów. Najpierw media zwijają się ze współczucia, jaka tragedia, potem ktoś pokazuje film, na którym współpracownik rzekomego samobójcy spokojnie ogląda rzekome zwłoki, stukając w komórkę, a w końcu jakoś tam przebija się prawda, że gdyby facet naprawdę wziął lufę w usta i strzelił, niechby nawet tylko przez policzek, poparzenia odebrałyby mu głos na wiele dni. Więc w rzeczywistości to tylko klasyczny symulant – zbliżył lufę do twarzy od zewnątrz i zrobił sobie, jak to mówiono w mojej szkole, „sznyta”.
Mówiąc krótko, był to kompletny pic, demonstracja, jaką czasem urządzają zakochane nastolatki − z tym że tu mieliśmy do czynienia nie z nastolatką, ale z pułkownikiem i prokuratorem, człowiekiem, który powinien być poważny.
No dobra, i co z tego wszystkiego wynikło? Tak jakby nic, bo cały cyrk przygłuszył kolejny newsowy serial, o zaginięciu − porwaniu, jak na początku pisano − półrocznej dziewczynki z Sosnowca. Dzień w dzień dzienniki wypełnione były kolejnymi odcinkami i zwrotami akcji. Porwanie, policja szuka − ma świadków − nie ma świadków − jednak nie porwanie − a może porwanie − matka kłamała − matka przypadkiem zabiła − znaleźli ciało − nie znaleźli ciała, to tylko kurtka − znaleźli ciało gdzie indziej… Śmierć dziecka to straszliwa tragedia i gdyby nie ona, łatwiej byłoby z tego wszystkiego kpić, ale zaczyna we mnie narastać podejrzenie, że w ogóle nie było żadnej takiej sprawy i żadnego dziecka. Nie było matki, która została uderzona, a potem się okazało, że sama uderzyła − to tylko podstawiona aktorka, podobnie jak znany z telewizyjnego show detektyw, który wcale nie jest detektywem. A wszystko wymyślili zatrudnieni przy projekcie scenarzyści od telenowel według klasycznych, brazylijskich wzorców gatunku.
Był kiedyś taki zwariowany film amerykański „Wag The Dog” (w wolnym przekładzie: „Ogon merda psem”). Prezydent USA wpada na skoku w bok ze stażystką i żeby jakoś odwrócić uwagę publiczności od skandalu, rozpoczyna wojnę. Na szczęście, jak się potem okazuje, cała ta wojna jest na użytek dzienników kręcona w studiach telewizyjnych.
Mam nadzieję, że żadne dziecko nie zginęło, bo go w ogóle nie było. Była tylko seria potwornych wpadek rządu, na czele z klapą szczytu w Brukseli, i dojmująca potrzeba jakiegoś odwrócenia uwagi obywateli od faktu, że każdy z nich zapłaci dwa tysiące złotych na ratowanie finansów znacznie od nas bogatszej Unii Europejskiej. Kiedyś robiono takie rzeczy, na przykład urządzając transfer Arłukowicza − teraz widocznie rządowi specjaliści uznali, że „wrzutka” polityczna nie wystarczy, trzeba urządzić coś lepszego.
Jutro wszyscy zapomną, pojutrze uwagę telewizji informacyjnych zajmie jakaś kolejna, jeszcze bardziej absurdalna i niewiarygodna „narracja”. A kiedy wszyscy zajęci są sensacjami, upadek państwa polskiego postępuje tyleż niepostrzeżenie, co i niepowstrzymanie.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o