Manewry prezydenckie

0
55
REKLAMA

Teraz tematem stają się wybory prezydenckie. To bardzo ciekawe zjawisko, bowiem tak sobie urządziliśmy rzeczywistość, że prezydent, który ma najsilniejszy mandat społeczny, ma mniejsze kompetencje i możliwości rządzenia niż premier. Prezydenta przecież wybieramy wszyscy, na to, kto będzie premierem, wpływ mamy raczej ograniczony, ale tak naprawdę rządzi premier. Dosyć to wygodne dla prezydenta, bo ogranicza jego udział w bieżącej polityce, czyli pozwala mu unikać codziennej nawalanki. Z tego efektu doskonale korzysta Bronisław Komorowski, który na pół roku przed wyborami cieszy się 80‑procentowym poparciem i raczej trudno sobie dziś wyobrazić, by nie został wybrany na drugą kadencję. Co prawda, prezydent trochę się kryguje i nie mówi, że na pewno wystartuje, ale moim zdaniem ubieganie się o drugą kadencję jest w tym przypadku oczywiste i przesądzone.
Jest to niezwykle komfortowa sytuacja dla PO. Po pierwsze, partia rządząca nie musi niczego wymyślać, szukać strategii i planów kampanijnych. Po drugie, PO może ze spokojem oczekiwać premii w wyborach parlamentarnych. Tak to już bowiem jest, że triumf w jednych wyborach zwiększa szansę partii na triumf w wyborach następnych. A ponieważ Bronisław Komorowski ma szansę na wygraną już w pierwszej turze, to dla PO sytuacja jest dziś naprawdę wygodna. W dodatku największa partia opozycyjna postanowiła nie wystawiać lidera, czyli Jarosława Kaczyńskiego, argumentując to tym, że prezes Kaczyński chce być premierem. Wybory samorządowe pokazały, że szansa na to premierowanie jest iluzoryczna, bo PiS raczej nie będzie rządzić samodzielnie, a PSL, który jest trzecią siłą, woli zostać przy PO, zatem z perspektywy grudnia 2014 ewentualna wygrana PiS w wyborach parlamentarnych może się skończyć pozostaniem przy władzy koalicji PO‑PSL. Andrzej Duda ma kilka atutów, ale czy to wystarczy na wejście do drugiej tury, a to byłoby prawdziwym sukcesem PiS i eurodeputowanego? Raczej wątpię.
Pozostałe partie walczą o różne stawki. PSL rozważa czy stać partię na to, by nie brać udziału w wiosennej kampanii wyborczej i poprzeć urzędującego prezydenta. Moim zdaniem, po sukcesie w wyborach samorządowych ludowcy tak właśnie zdecydują. Nie palą się do oberwania po nosie ani Janusz Piechociński, ani Waldemar Pawlak. Na lewicy trwa wielka rozgrywka. Walczący o życie Leszek Miller zaproponował partii jednego ze swoich głównych wrogów, czyli Ryszarda Kalisza. To, że partia kandydaturę tę odrzuciła, nie mogło być dla nikogo, także dla Leszka Millera, niespodzianką. Kalisz nie jest dobrym kandydatem. W wyborach europejskich sromotnie przegrał, więc nie ma co kalkulować, że miałby jakiekolwiek szanse w wyborach prezydenckich. W co gra Miller, dalibóg nie wiem. Guru lewicy, Sławomir Sierakowski powiedział ostatnio, że te wybory są dla lewicy prawdziwą szansą na nowe zdefiniowanie się. Warunkiem tego zdefiniowania są, zdaniem Sierakowskiego, nowe twarze, czyli Biedroń albo Nowacka. Biedroń chyba nie może wywinąć takiego numeru mieszkańcom Słupska, ale Barbara Nowacka… hmm… Nie zdziwię się, jeżeli w efekcie na nią padnie.
Gdyby to ona miała być twarzą nowej lewicy, to w prawdziwym kłopocie znajdzie się Janusz Palikot. Nowacka jest członkinią Twojego Ruchu, którego liderem jest właśnie Palikot. Palikot już zapowiedział, że będzie startował w majowych wyborach prezydenckich. Dla niego jest to ostatnia szansa na uratowanie Twojego Ruchu i własnej obecności w polityce. Dodajmy, szansa naprawdę niewielka. Porażka Palikota najpierw w wyborach prezydenckich, czyli zdobycie 2 może 3 procent, a potem przegrana w wyborach parlamentarnych skreśli go z polityki raz na zawsze. Wycofanie się Palikota na rzecz Nowackiej, albo innej osoby jednoczącej lewicę, daje mu niewielką szansę na powrót.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments