Marzenie też jest produktem

0
83
REKLAMA

Ciekawe, że gdy robi się sondaże, to wynika z nich jasno, że większość mieszkańców Katalonii chce niezależności, a może nawet niepodległości. Jednak gdy zadano pytanie, czy gdyby w wyniku tego wyodrębnienia się Katalonia znalazła się poza Unią Europejską, to wtedy skokowo rośnie liczba przeciwników robienia jakichkolwiek ruchów niepodległościowych. Hiszpanie, a właściwie Katalończycy nie są głupi. Pamiętają, jak ich kraj wyglądał kilkadziesiąt lat temu i jak – w dużej mierze za sprawą Unii – wygląda dziś.
A wygląda naprawdę dobrze. Jest czysty, dobrze zorganizowany i pełen sympatycznych, uśmiechniętych ludzi. Od zarządzających Barceloną w ostatnich 25 latach włodarze wszystkich miast mogliby się nauczyć, jak zorganizować komunikację publiczną. Gdybym mieszkał w Barcelonie, to na co dzień nie używałbym samochodu. Kto wie, czy w ogóle bym go miał, bo gdybym miał w perspektywie kilkanaście wyjazdów poza miasto rocznie, to na pewno bardziej by mi się opłacało samochód wypożyczać. Od organizatorów Igrzysk Olimpijskich w 1992 roku wszyscy następni gospodarze igrzysk mogliby się uczyć, jak na igrzyskach nie stracić. Tamte barcelońskie igrzyska były ostatnimi, które zarobiły pieniądze dla miasta i po których pozostało mnóstwo wspólnej, dobrze zagospodarowanej przestrzeni.
Skoro zatem jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Hiszpania, Portugalia i Grecja to trzej najgorsi uczniowie w klasie. Są krajami zadłużonymi po uszy, mają bezrobocie nawet 25‑procentowe i kiepskie oceny wszystkich tych dziwnych instytucji, które dają na przykład AAA jednej gospodarce, a AA innej. Zatem nie umiem na to pytanie znaleźć dobrej odpowiedzi. Może Barcelona rzeczywiście odstaje od innych hiszpańskich miast? Ale chyba aż tak bardzo nie odstaje.
W hotelu oglądałem hiszpański odpowiednik TVN24 (miło mi było stwierdzić, że moja stacja jest lepsza pod każdym względem) i tam widziałem relacje z Madrytu, Sevilli, Alicante i właśnie z Barcelony, na których widać było demonstracje ludzi rozczarowanych kapitalizmem i niesprawiedliwością. (To zresztą jest jakiś paradoks, że ja, będący kilka dni w Barcelonie, i to nie schowany na jakiejś naradzie, ale dużo przemieszczający się po mieście, o demonstracji dowiaduję się z telewizji). Może po prostu jest tak, że wszystkie te agencje przykładają do ocenianych krajów miary dwudziestowieczne, a nie współczesne. Może po II wojnie światowej ważne było to, ile jakiś kraj produkuje stali czy cementu, dziś ważniejsze jest to, czy w danym kraju uczy się myślenia i czy mury szkół różnego szczebla opuszają ludzie potrafiący tworzyć i współpracować z innymi.
Barcelona jest przykładem miasta, które ma tylko jeden produkt, który napędza wszystko to, co dzieje się w mieście, i bynajmniej nie jest to produkt stricte materialny. Chyba niewielu jest ludzi na świecie, którzy nie słyszeli o FC Barcelona i Leo Messim. To dzięki temu klubowi Barcelona ma trzy lotniska, z których największe jest dwa razy większe od warszawskiego Okęcia, a pamiętać trzeba, że Warszawa jest większa od Barcelony. To dzięki klubowi piłkarskiemu można sprzedać na świecie 15 milionów koszulek z nazwiskiem jednego piłkarza i 7 milionów z nazwiskiem innego. I nieważne jest to, że większość tych koszulek zrobiono w Chinach albo w Indonezji. To, co tak naprawdę w tych koszulkach jest ceną, to marzenia milionów chłopców na całym świecie i marzenia milionów ich rodziców. Marzenia i kosztują, i mogą przynosić dochód.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments