Między Dyzmą a Arturem Ui

0
24
REKLAMA

Ale „pokolenie JP II” nie nadało Januszowi Palikotowi, bo przecież Czytelnik już się domyślił, że to o nim mowa, rozpędu na miarę jego ambicji. Postanowił więc zrezygnować z „katolickiej” części swego wizerunku, przesuwając się na pozycję piewcy liberalizmu. Tak znalazł się w towarzyskim kręgu Donalda Tuska. Ten ostatni zalecał się wtedy do wyborców argumentem, że jego partia, jako jedyna, nie pobiera budżetowych dotacji, więc bardzo chętnie powitał w swym gronie wzbogaconego na prywatyzacji biznesmena. Palikot wydał mu książkę i pokrył koszty obstawienia całego kraju bilbordami, niby reklamującymi tę książkę właśnie, a nie samego Tuska − sztuczka pozwalająca obejść ustawowy limit wydatków na kampanię wyborczą.
Dostał za to po wyborach sejmową komisję mającą ułatwić życie przedsiębiorcom, ale nic więcej. Zrozumiał, że pieniądze to za mało, by zasłużyć na prawdziwą wdzięczność Tuska, postawił więc stać się wodzowi niezbędny. Machnąwszy ręką na wizerunek liberała i lidera biznesu, podjął się dla Tuska roboty partyjnego brytana, zbyt brudnej, by podjął się jej ktokolwiek inny − wyjąwszy niestabilnego psychicznie Stefana Niesiołowskiego. Ale Niesiołowski, żyjący pragnieniem pomsty na Kaczyńskim za upokarzające niewpuszczenie go na listę PiS, nie był w tym tak skuteczny, jak cyniczny, kalkulujący na zimno Palikot. Zadanie brzmiało: wyprowadzać śp. Lecha Kaczyńskiego oraz jego brata z równowagi. Przyznajmy, że trudne to nie było. Każdy z Kaczyńskich łatwo się obrażał, gdy opluwano jego brata, obaj nie umieli powstrzymać oburzenia, gdy znieważono ich matkę, i obaj byli zupełnie bezradni wobec chamstwa.
Ale i za te usługi nie został Palikot wynagrodzony w sposób, który by go usatysfakcjonował. Postanowił podbić swą cenę w oczach Tuska, zakładając własną partię. Sfinansował badania i specjalistów od reklamy, którzy umiejętnie połączyli różne sfrustrowane grupy, na czele z zajadłymi wrogami czczenia ofiar Smoleńska i palaczami marihuany, i faktycznie wszedł do Sejmu. Będąc w nim, wykalkulował sobie, by przejąć elektorat pogrążonego w kryzysie SLD, więc stał się lewicowcem. Stał się więc zajadłym antyklerykałem bluzgającym „tłustym biskupom” i opaskudzającym drzwi katedry deklaracją apostazji, a także socjalistą zapowiadającym całkowitą likwidację bezrobocia i budowanie fabryk przez państwo.
Ta przemiana nie przyniosła jednak oczekiwanego profitu − sondaże, zamiast podskoczyć, wzrosły, a SLD wysunął się na prowadzenie. Palikot postanowił więc wrócić do roli promotora wolnego rynku i przedsiębiorczości. Ponieważ nie udało mu się przyłączyć do protestów przeciwko deregulacji, gdzie taksówkarze potraktowali go podobnie jak młodzież protestująca przeciwko ACTA, wczorajszy promotor lewicowego kongresu pierwszomajowego i budowniczy państwowych fabryk zwołuje teraz kongres przedsiębiorczości…
Nie wiem, czy to już wystarcza, by Polacy znudzili się kameleonem z Biłgoraja, czy zaliczy on jeszcze kilka wcieleń. Myślę sobie ze smutkiem, że ta kariera, coś pomiędzy Nikodemem Dyzmą a Arturo Ui, coś o nas, współczesnych Polakach mówi. Coś bardzo smutnego i przykrego.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o