Niejednoznaczna ocena

0
102
REKLAMA

Myślę, że czas bytności w rządzie Jacka Rostowskiego trzeba by było podzielić na dwa etapy. Pierwszy, mniej więcej do roku 2010, czyli w czasie światowej zawieruchy związanej z załamaniem rynków finansowych, i drugą, czyli od roku 2010 do dzisiaj.
Jeśli chodzi o pierwszy okres, to, osobiście działania ministra oceniam bardzo pozytywnie. Oparł on się zdecydowanie pomysłom dramatycznego zwiększenia wydatków publicznych w związku z koniecznością walki z kryzysem. Mało tego: stanął na stanowisku, że nie wolno dopuścić do wyraźnego wzrostu deficytu sektora finansów publicznych, co przy hamującej gospodarce oznaczało wprowadzenie ograniczeń w wydatkach. Był zatem nie tylko przeciwny pomysłom opozycji, ale także części koalicji rządzącej, co z pewnością nie było proste. Oczywiście nie obyło się bez różnych sztuczek księgowych, które lubimy określać kreatywną księgowością. Ale tak czy inaczej twarda postawa kupiła Polsce zaufanie, którym darzą nas inwestorzy do dzisiaj. To dlatego w żadnym momencie rentowność naszych obligacji, czyli z punktu widzenia państwa ich koszt, nie przekroczyła poziomów, które możemy nazwać bezpiecznymi. Panowało przekonanie, że Polska trzyma rękę na pulsie i dramatyczny wzrost zadłużenia, taki jak w Grecji, we Włoszech czy Hiszpanii, jej nie grozi. I rzeczywiście nic takiego się nie stało. Warto w tym miejscu dodać, abstrahując na moment od konstytucyjnego ogranicznika narastania długu, że w naszym przypadku wzrost zadłużenia do poziomu 70% czy 80% PKB mógłby oznaczać bardzo poważne, negatywne konsekwencje. Dramat Grecji zaczął się dopiero blisko poziomu 150%, ale Grecja jest w strefie euro, co powoduje zupełnie inne postrzeganie, w przeciwieństwie do nas.
Potem było już jednak znacznie gorzej, jeśli chodzi o politykę prowadzoną przez Jacka Rostowskiego. Wygląda to tak, jakby z twardego gracza trzymającego w rękach bezpieczeństwo finansowe, z bezpartyjnego eksperta, stał się po prostu politycznym graczem. W imię słupków poparcia zarzucił on wszelkie istotne reformy, które na początku funkcjonowania zapowiadał rząd, choćby ograniczenie przywilejów. Rozumiem, że kryzys nie jest najlepszym momentem na zabieranie społeczeństwu pieniędzy, chociaż mamy w Europie przykłady takich działań zakończonych sukcesem i to także w kontekście poparcia dla przeprowadzających reformy. Ale przecież na przykład porządkowanie ultra skomplikowanego prawa podatkowego nie wymaga wydawania czy zabierania miliardów złotych. Mało tego; często zmiany szły w kierunku jeszcze większej komplikacji. Trudno także zgodzić się choćby z polityką wobec samorządów, totalnego zablokowania możliwości zadłużania się, szczególnie w perspektywie kolejnych środków unijnych, które będą one musiały wydać. Nie wspominając już o tym, że nowe przepisy dotyczące finansów samorządowych są wręcz kuriozalnie skomplikowane. Mam tu na myśli przygotowaną przez ministerstwo finansów ustawę, która lada moment ma wejść w życie.
Nie mogę, o czym pisałem już wielokrotnie, pogodzić się z polityką stosowaną wobec OFE. Nawet gdybym zgodził się z pomysłem rozmontowania sytemu w związku choćby z brakiem zgody społecznej na zabranie przywilejów emerytalnych, pytanie tylko, czy kiedykolwiek taka zgoda będzie, to sposób argumentowania reformy jest dla mnie nie do przyjęcia. Bo nowe pomysły nie prowadzą ani do sytemu lepszego, ani bezpieczniejszego.
A zatem bilans tych sześciu lat jest pozytywy czy negatywny? Pewnie potrzeba jeszcze trochę czasu, żeby jednoznacznie to ocenić. Jedno jest jednak pewne. Jacek Rostowski zaczął świetnie, twardą postawą zabezpieczył nam dobre postrzeganie na świecie, ale potem stawał się coraz bardziej politykiem i polityczne kwestie wygrywały nad merytorycznymi. Nad tym, co konieczne dla porządkowania finansów publicznych. Być może w obecnej sytuacji politycznej nie dało się zrobić więcej. Rodzi się jednak pytanie, czy w takiej sytuacji był sens trwać w rządzie i to, co się dzieje i nie dzieje, firmować?

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments