Nikt nie wie, co będzie

0
52
REKLAMA

Co prawda różne mądrale z perspektywy czasu oceniają wydarzenia jako oczywiste i będące czegoś konsekwencją, ale gdy siedzi się w środku czegoś (na przykład w środku mediów, polityki czy w ogóle życia), to nic nie jest wcale takie oczywiste.
Dobrym tego zjawiska przykładem może być końcówka PRL. 26 lat temu Polacy wybrali sejm kontraktowy, ale nikomu do głowy nie przychodziło wówczas, że o to na naszych oczach wywrócił się ustrój. Ba!, że jesteśmy świadkami także upadku Jałty. Po kilku latach analitycy stwierdzali, że ten upadek był wtedy widoczny jak na dłoni, a przecież wszystkich zaskoczył. Podobnie było z kryzysem, który wybuchł siedem lat temu wraz z upadkiem Lehman Brothers. Kilka lat później wygrzebywano jakieś publikacje z mało znaczących periodyków, w których autorzy przestrzegali przed takim rozwojem wypadków, czyli zapowiadali pęknięcie bańki spekulacyjnej, jednak w głównym nurcie wszyscy płynęli zadowoleni, w ogóle nie podejrzewając, że za zakrętem może być wodospad. A był, i to spory. Gdyby dwa lata temu ktoś powiedział, że Rosja zajmie Krym, a potem doprowadzi do regularnej wojny na wschodzie Ukrainy, to wszyscy popatrzyliby na tego kogoś z politowaniem. W czerwcu 2013 wszyscy się zastanawiali, czy Rosja zdąży przygotować igrzyska w Soczi i jaki wpływ na jej politykę będą one miały. Jak wiadomo, zdążyli, ale w żaden sposób nie złagodziło to ich imperialnych marzeń. Przed rokiem Donald Tusk był niekwestionowanym liderem PO, a jego alter ego po drugiej stronie sceny politycznej był Jarosław Kaczyński. Pojawiały się co prawda głosy o możliwości europejskiej kariery dla dwóch polskich polityków, czyli właśnie dla Tuska, ale także drzwi stały otworem przed Radkiem Sikorskim. Dziś obaj są coraz bardziej poza polską polityką, ale kto wówczas przewidziałby, że prawdopodobnie kariera Sikorskiego ma się w ogóle ku końcowi. Także wtedy, przed zaledwie rokiem, jako kompletny absurd przyjęto by prognozę, że Andrzej Duda zostanie prezydentem, a Paweł Kukiz jednym z liderów opozycji.
Dlatego zastanawianie się dzisiaj nad tym, jakim premierem będzie Beata Szydło, też jest zajęciem jałowym. Po pierwsze wcale nie jest powiedziane, że będzie premierem. Jeżeli jej partia przegra wybory (chociaż z sondaży to raczej nie wynika), to prawdopodobnie premierowanie pani Szydło się nie uda. Natomiast jeżeli PiS wygra wybory minimalnie, to może mieć kłopot ze zbudowaniem jakiejkolwiek koalicji. Jeżeli zwycięstwo PiS byłoby miażdżące i partia mogłaby rządzić samodzielnie, o czym jej politycy marzą i otwarcie mówią, ale co dotychczas w Polsce się jeszcze nie zdarzyło, to jestem pewien, że – mimo wszelkich dzisiejszych deklaracji – pani Szydło nie stanie na czele rządu. W takiej sytuacji premierem będzie oczywiście Jarosław Kaczyński. (Hmm… Oczywiście? W polityce nie ma żadnego oczywiście). Dzisiaj wśród komentatorów najbardziej popularna jest teza, że nawet jeżeli pani Szydło stanie na czele rządu, to raczej na krótko, bo spotka ją los Kazimierza Marcinkiewicza.
Jednak nie sądzę, by tak było. Nie tylko dlatego, że nic dwa razy się nie zdarza, albo dlatego, że jeżeli historia się powtarza, to raczej jako farsa. Myślę, że Jarosław Kaczyński bardzo mocno przeżył oddawanie władzy w roku 2007 i teraz zrobi wszystko, by nie popełnić tych wszystkich błędów, które popełnił wówczas. Zatem powtórzę: jeżeli ktoś mnie zapyta o to, w jakim kierunku to wszystko zmierza, to szczerze odpowiem, że ani ja, ani nikt inny tego nie wie. Ale są we mnie jakieś pokłady optymizmu, które swe źródło biorą stąd, że uważam, że ludzie uczą się na błędach, a w dodatku w każdych wyborach parlamentarnych jest jakaś moc oczyszczająca.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments