Nowe podatki?

0
85
REKLAMA

Poważniejszą reformę czas najwyższy zacząć. Dotychczas rząd mniej koncentrował się na porządkowaniu po stronie wydatkowej, a bardziej na prostych rozwiązaniach typu rozmontowanie systemu OFE, podwyżka podatku Vat, czy zamrożenie wynagrodzeń w budżetówce. Trudno zatem mówić tu o wyzwaniach porównywalnych z tym, co robią dzisiaj premierzy Włoch czy Wielkiej Brytanii, nie wspominając już na przykład Hiszpanii. Wreszcie jednak coś zaczyna się dziać, co widać choćby w kwestii zmian w polityce rodzinnej czy przysługujących obecnie ulgach. Nie wszystkim pomysły rządu muszą się podobać, ale niestety tego typu reformy mają to do siebie, że szczególnie w krótkim okresie czasu kogoś będą dotykać. Chodzi tylko o to, żeby były one przemyślaną, całościową koncepcją, a nie doraźnym działaniem. A takim z pewnością była choćby podwyżka podatku VAT.
Skoro deficyt w stosunku do PKB ma się zmniejszać, to można to osiągnąć na trzy sposoby. Albo zmniejszając deficyt, albo zwiększając PKB, albo i jedno i drugie. Zmniejszanie deficytu można osiągnąć przez obniżanie wydatków lub zwiększanie dochodów. Oczywiście można też oba działania prowadzić naraz. Zajmijmy się na chwilę kwestią zwiększania dochodów.
Znowu dość głośno, z uwagi na propozycje reform jednej z partii opozycyjnych, zrobiło się w kwestii nałożenia dwóch podatków, czyli podatku bankowego i podatku od, ogólnie mówiąc, sklepów wielkopowierzchniowych.
Wprowadzenie pierwszego z tych podatków jest bardzo mocno dyskutowane w całej Europie. Pomysł na poważnie pojawił się w 2009 roku, czyli w apogeum konsekwencji załamania się światowych rynków finansowych. Banki jawiły się jako jedna z przyczyn kryzysu, modnie było zatem działać „przeciwko” nim. No właśnie, czy aby na pewno podatek ten uderzyłby w banki?
W dzisiejszym świecie trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie bez rachunków bankowych, bankomatów, kredytów, pożyczek itd. itp. Także w Polsce. Nie są one żadnym luksusowym dobrem, ale czymś absolutnie normalnym. Moim zdaniem nałożenie podatku na banki zakończy się podwyższeniem kosztów usług bankowych. Może nie wprost, ale do tego dojdzie. Jeśli ktoś nie wierzy, niech cofnie się myślami do roku 2009. Dynamika kredytów gwałtownie spadła, a wyniki finansowe większości banków się nie załamały. Dlaczego? Bo wprowadzono różne opłaty lub podważono dotychczasowe. I dokładnie tak samo będzie, gdy pojawi się nowy podatek.
Tak samo uważam w kwestii podatku od sieci wielkopowierzchniowych. Czy naprawdę ktoś wierzy w to, że podzielą się one z państwem swoim zyskiem i nie przerzucą go na klienta? A w tym przypadku mówimy już o każdym Kowalskim. Wielkie sieci bowiem, szczególnie ostatnio, to głównie sieci dyskontowe albo sklepy, które poziomem cen doganiają dyskonty. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w większym stopniu właśnie ta mniej zamożna część społeczeństwa złoży się na ten podatek.
Czy zatem podatków tych nie należy nakładać? To już zupełnie inna kwestia. Może warto, jeśli wskaże się sensowne zadania realizowane dzięki wpływom z nich. Ale miejmy przynajmniej jasność, kto, de facto, te podatki zapłaci.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o