Nowelizacja budżetu

0
55

Rząd zdecydował się znowelizować budżet na 2020 rok. Oczywiście nie jest to żadnym zaskoczeniem. Z jednej strony koronawirus załamał wpływy do kasy państwa, z drugiej trzeba było, i trzeba nadal, wydawać pieniądze, żeby wspomagać gospodarkę.

Na rok 2020 rząd planował, jak pamiętamy, budżet bez deficytu. Moim zdaniem, pisałem o tym wielokrotnie, była to czysta abstrakcja już w momencie jej prezentacji. I to nawet w sytuacji, w której koronawirus by się nie pojawił. Założenie 3,7% wzrostu PKB w tym roku było bowiem zdecydowanie zbyt optymistyczne. Polska gospodarka zaczęła wyraźnie zwalniać już w drugiej połowie 2019 roku i trend ten byłby kontynuowany. Zresztą dane za pierwsze trzy miesiące 2020, wzrost o 2% rok/rok, to potwierdzały. Dane, na które koronawirus miał jeszcze wpływ stosunkowo niewielki. A zatem deficyt – moim zdaniem – i tak byśmy mieli. Ale oczywiście nie tak wielki jak ten, który właśnie nam ogłoszono. 109 miliardów złotych to wielkość absolutnie rekordowa i nie mająca odniesienia do żadnej innej w ostatnich trzydziestu latach. No może z wyjątkiem wynoszącej 85 mld PLN tzw. „dziury Bauca”, ale ona była tylko teoretyczna, w rzeczywistości udało się do niej nie dopuścić. Mówię tu oczywiście o samym deficycie budżetu centralnego, nie uwzględniam innych części finansów publicznych, jak choćby samorządów, czy ZUS. Nie wiemy oczywiście, ile wyniesie PKB w roku 2020, ale będzie on wyraźnie niższy, niż w roku 2019. Średnia prognoz mówi o spadku w okolicach 4,5%. To oznacza, ze 109 mld PLN będzie stanowiło około 5% PKB.

REKLAMA

Jednak te 109 mld PLN to wielkość wynikająca z pewnego rodzaju chwytów księgowych. Rząd rozdzielił tegoroczny wzrost długu z tytułu walki z koronawirusem na trzy podmioty: bezpośrednio na państwo i wyrazem tego jest nowelizacja budżetu, ale także na Bank Gospodarstwa Krajowego i Polski Fundusz Rozwoju. W Przypadku BGK i PFR zaciągnięty dodatkowo dług może sięgać w każdym z obu przypadków nawet 100 mld złotych. Do tego dochodzi sytuacja w ZUS, samorządy i parę jeszcze innych mniejszych podmiotów. W sumie cały deficyt sektora finansów publicznych może sięgnąć okolic 300 mld złotych. A to oznacza poziom 14% PKB. To wersja pesymistyczna, ale nie nierealna. Przypomnę, że zalecenia komisji europejskiej to 3% PKB. Oczywiście, nikt się na nas w związku z tym deficytem nie obrazi. Cały świat się potężnie zadłuża, to jeden z głównych pomysłów na walkę z ekonomicznymi skutkami koronawirusa. Ale takie myślenie potrwa jeszcze co najwyżej kilka kwartałów. Potem sytuację będzie trzeba opanować. Jeśli tego nie zrobimy, może być naprawdę nieciekawie. Jak opanować? Przedstawić plan powrotu do wyraźnego ograniczania narastania długu. Obawiam się, że będzie to oznaczać wzrost różnych obciążeń, albo pojawienie się nowych.

Tak na marginesie przypominam sobie debatę sejmową, która miała miejsce kilka lat temu, bodajże w roku 2017, a w której Mateusz Morawiecki, informując o ówczesnych założeniach budżetowych odnosił się do olbrzymiego deficytu wygenerowanego w roku 2010 przez rząd PO – PSL. Tak dokładnie zestawił on ponad 100 mld złotych z czasów swoich poprzedników z trzydziestoma kilkoma miliardami wynikającymi z prezentowanych w czasie debaty planów rządu na kolejny rok. Teza była oczywiście taka, że teraz zarządzanie finansami jest lepsze i stąd taka zmiana wskaźników opisujących budżet. Nie zająknął się nawet o tym, że ów gigantyczny deficyt z czasów Jacka Rostowskiego był efektem kryzysu finansowego lat 2008 i 2009. W dodatku, jeśli dobrze pamiętam, porównywał deficyt budżetowy z deficytem całego sektora finansów publicznych. Warto dodać, że w roku 2010 deficyt sektora finansów publicznych wyniósł około 8% PKB. Uwzględniam tu oczywiście cały realny sektor, pamiętajmy że także ówcześni rządzący stosowali różne księgowe kombinacje przy prezentacji danych. Teraz, przypomnę, może być nawet 14%, choć faktem jest też to, że skutki tego kryzysu dla gospodarki będą poważniejsze, co już wiemy. Nie chcę się pastwić nad tamtą wypowiedzią, zresztą jakie sztuczki retoryczne stosują polscy politycy, nie tylko partii obecnie rządzącej, wszyscy wiemy. Chodzi mi raczej o to, że czasem trzeba uważać, bo może się stać coś takiego, że i nam się przytrafi to, co przytrafiło się innym. Tak potężnego kryzysu wynikającego z przesłanek ekonomicznych nikt nie przewidywał. Ale dopadł nas koronawirus i w efekcie mamy w gospodarce i w budżecie państwa to, co mamy. I Morawiecki musi się z tym zmierzyć, pokazując wskaźniki o wiele gorsze, niż te prezentowane przez PO – PSL dekadę temu.

Czy taki budżet dotrwa do końca roku? Trudno powiedzieć. Zbyt wiele jest jeszcze niewiadomych. Możemy mieć kolejne, nawet częściowe, mrożenie polskiej gospodarki, możemy obserwować takie decyzje u naszych partnerów handlowych, a to będzie miało na nas wpływ, wiele rzeczy może się wydarzyć. Nie można zatem wykluczyć, że będzie konieczna jeszcze jedna nowelizacja, choć biorąc pod uwagę wykonanie budżetu na koniec lipca wydaje się to mało prawdopodobne. Ale, jak już wspomniałem, nikt się o to na nas nie obrazi. Wszyscy mają problem i wszyscy postępują podobnie. Co nie znaczy, że ów wzrost długu i koszty z tym związane nie będą nas obciążać w następnych latach. Oczywiście będą. Ale innego wyjścia nie ma.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o