O cenie prądu i certyfikatach CO2

0
56
REKLAMA

Niektórzy z nadzieją, niektórzy z zażenowaniem obserwowali wydarzenia parlamentarne w ostatnich dniach 2019 roku. Przygotowane w pośpiechu, niemalże na kolanie przepisy dotyczące zablokowania wzrostu cen prądu zmieniano w radykalny sposób jeszcze nawet w ostatnich minutach przed przedstawieniem propozycji posłom. Z punktu widzenia rządzących wszystko się udało, prezydent ustawę podpisał równie ekspresowo i prąd nie powinien zdrożeć. Przynajmniej w teorii. Koszt tych zmian to około 9 mld PLN. Głównie z budżetu, a jakże, czyli też z naszych pieniędzy, tyle że z podatków. Jeśli ktoś mówi, że nie, bo na przykład kilka miliardów złotych będzie pochodziło ze sprzedaży zbędnych uprawnień do emisji CO2, to przecież te pieniądze można by było użyć na inne cele budżetowe. Czyli to też są „nasze” pieniądze, w tym sensie alternatywa dla wpływów podatkowych.
Dobrze, ale dlaczego właściwie prąd miał zdrożeć? Tym razem nie z winy jakiejś konkretnej podjętej tu i teraz decyzji rządu. Nie podniesiono żadnych podatków „prądowych”, nie wymyślono nowych. To nie jest zatem przykład Francji, której władze chciały podnieść akcyzę na paliwa i to miało być przyczyną wzrostu cen. Tak na marginesie: ciekawe, czy protest „żółtych kamizelek” miał jakiś wpływ na decyzje naszego rządu w kwestii cen energii, czy wystarczyła po prostu perspektywa tegorocznych wyborów… Prąd miał podrożeć dlatego, że wyraźnie podrożały koszty jego wytworzenia. Mam tu na myśli ceny uprawnień do emisji CO2 oraz węgla. Cały czas rosną również koszty pracy, ale one nie miały tu decydującego wpływu. A konkretnie? Jeszcze w połowie 2017 roku cena uprawnień do emisji oscylowała wokół 5 euro. W trzecim kwartale 2018 przebiła 25 euro. I taki mniej więcej poziom jest do dzisiaj. W przypadku węgla z kolei, patrząc na przykład na cenę węgla w ARA (Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia), wzrosła ona z około 50 USD za tonę w połowie 2016 roku do ponad 100 USD za tonę w połowie 2018 roku. Obecnie jesteśmy w okolicach 95 USD za tonę. Tak przy okazji: widzicie już Państwo, co jest głównym powodem poprawy efektywności polskiego górnictwa w ostatnich latach? Tak, wzrost cen surowca.
Wracając jednak do cen prądu. Największym problemem dla nas jest wzrost cen uprawnień do emisji. Polski prąd w 80% powstaje z węgla, a taka produkcja oznacza niestety sporą emisję CO2. Stanowi ona ponad połowę emisji tego gazu w całym polskim przemyśle. W ostatnich trzydziestu latach zrobiliśmy sporo, aby tę emisję ograniczyć, to prawda, ale i tak koszty z nią związane stanowią istotny element ceny, szczególnie jeśli uprawnienia drożeją pięciokrotnie w ciągu roku. System uprawnień opiera się na postanowieniach przyjętego w 1997 roku tzw. Protokołu z Kioto, który był uszczegółowieniem Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmian Klimatu. Wszedł on w życie de facto w roku 2005 i miał na celu ograniczenie emisji CO2 na świecie. Najprościej mówiąc: system opiera się na wprowadzeniu limitów emisji dla poszczególnych krajów, a ich przekroczenie oznacza konieczność zakupu dodatkowych uprawnień na specjalnej giełdzie. Wszystko po to, aby ograniczyć emisję.
Oceny wpływu całego systemu na redukcję emisji CO2 są niejednoznaczne. Tak czy inaczej kryzys 2008 – 2009 i związany z nim spadek aktywności przemysłu doprowadził do wystąpienia nadwyżki uprawnień i spadku ich cen. A to, przynajmniej zdaniem Komisji Europejskiej, ograniczyło możliwość oddziaływania na producentów. W związku z tym zdecydowano o utworzeniu rezerwy stabilności rynkowej w ramach systemu, czyli de facto wycofaniu części uprawnień z obrotu. Koncepcja miała zostać fizycznie uruchomiona w 2019 roku. I właśnie ruszyła. Ile uprawnień zostanie wycofanych do końca 2019 roku, tego jeszcze dokładnie nie wiemy. Ale do końca sierpnia do rezerwy trafi około 265 mln z około 1,65 mld istniejących. Mówimy zatem o około 15%.
I właśnie owa zapowiedź wycofania do rezerwy sporej części uprawnień doprowadziła do wzrostu ich cen już w roku 2018. A ten z kolei przełożył się na wzrost cen prądu w Polsce. Co możemy zrobić? W krótkim okresie niestety niewiele. Co prawda, część rządu ma nadzieję, że certyfikaty wyraźnie potanieją, ale to dość mało prawdopodobny scenariusz. Tym bardziej że przecież Komisji Europejskiej chodziło właśnie o wygenerowanie impulsu do ograniczenia emisji.
Najbardziej kuriozalnie w tym wszystkim wygląda szukanie winnych wzrostu kosztów dla naszej energetyki. Ale o tym innym razem.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o