Obietnic wyborczych ciąg dalszy

0
85
REKLAMA

To, co dotychczas pojawiło się w kampanii wyborczej oznacza wydatkowanie kolejnych dziesiątek miliardów złotych. Nie wiemy dokładnie ilu, bo niektóre zapowiedzi są mało precyzyjne. I nie wiemy kiedy, bo tu też często nie padają konkretne daty. Oczywiście zazwyczaj nie pada też, skąd dana partia chce wziąć pieniądze na swoje koncepcje. Mam tu na myśli choćby kwestię dobrowolności ZUS-u dla przedsiębiorców i zniesienie podatku od emerytur. To pomysł PSL. Kiedy te podatki mają być zniesione i skąd wziąć na to środki? Tym bardziej, że dobrowolność składek ZUS oznacza jeszcze mniejsze wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Tak na marginesie, dobrowolność zdaje się oznaczać nie to, że mogę nie płacić w ogóle, ale to, że mogę sobie wybrać okres składkowy.
Jest jednak obietnica, która po pierwsze padła po raz pierwszy, po drugie jest konkretna i po trzecie dość precyzyjnie określona w czasie. Chodzi mi o to, co zapowiedział Jarosław Kaczyński w kontekście minimalnego wynagrodzenia. Dość precyzyjnie, a nie precyzyjnie określona w czasie, bo stwierdzenie, że pod koniec 2020 roku minimalne wynagrodzenie ma wynosić 3 tysiące PLN, a pod koniec 2023 – 4 tysiące PLN należy chyba rozumieć jako okres obowiązywania od kolejnego roku. Czyli pod koniec 2020 zostanie określone, że minimalne wynagrodzenie od stycznia 2021 będzie wynosiło 3 tysiące PLN. Tak to w każdym razie rozumiem. Pamiętajmy, że dotychczas było tak, że minimalne wynagrodzenie zmieniało się od stycznia i obowiązywało przynajmniej przez rok.
Mniejsza jednak o te kilka miesięcy. Zastanówmy się raczej, czy to w ogóle jest realne? Na pierwszy rzut oka można odpowiedzieć tak: oczywiście, że jest, wystarczy bowiem taka decyzja rządzących. Przecież to nie oni owo wynagrodzenie wypłacają. Mało tego: jak będzie wyższe, to wyższe będą różne opłaty z nim związane. Na przykład składka ZUS. A to oznacza mniejszą dziurę w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. No tak. Ale to wszystko niestety nie jest takie proste.
Oczywiście trudno mówić, że 3 tysiące złotych to wysokie wynagrodzenie, kiedy odniesiemy się do bogatszych państw Zachodu. To prawda. Problem w tym, że wynagrodzenia wynikają z ogólnej sytuacji gospodarki. Są one kosztem dla przedsiębiorcy. W zdecydowanej większości przypadków są związane z możliwościami uplasowania danego produktu, czy danej usługi na rynku po jakiejś cenie. Czyli pracownik może zarobić określoną liczbę pieniędzy, bowiem efekty jego pracy da się sprzedać za określoną kwotę. Pośrednio lub bezpośrednio. Jeśli zatem przedsiębiorstwo generuje jakiś określony zysk, powiedzmy na poziomie 10% sprzedaży, to aby można było podnieść wynagrodzenia i utrzymać ten zysk, trzeba albo doprowadzić do tego, żeby dany pracownik wytwarzał więcej, albo poszukać oszczędności gdzie indziej, albo podnieść cenę. Innej możliwości nie ma. Doprowadzenie do tego, aby pracownik wytwarzał więcej oznacza zwiększenie wydajności pracy. I nie chodzi tu o to, że ktoś łopatą wykopie więcej, niż kopie. Tu granica przyjdzie dość szybko. Chodzi o to, żeby mu kupić koparkę. Czyli zainwestować w podniesienie wydajności. Unowocześnić proces wytwarzania dobra czy usługi.
W kwestii szukania oszczędności gdzie indziej, chodzi mi o proste oszczędności, niewynikające z inwestycji, tu też zazwyczaj wielkich możliwości nie ma. Szczególnie, jeśli przedsiębiorstwo działa na konkurencyjnym rynku. Bo ta konkurencja wymusza szukanie takich oszczędności na bieżąco. A zatem jedyna opcja to inwestycje. Ale z tym akurat mamy w Polsce problem. To skąd się ma wziąć istotny wzrost wydajności pracy? A jeśli jej nie będzie, to czeka nas wzrost cen. Zresztą w wielu przypadkach już teraz go obserwujemy.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno: wzrost płacy minimalnej nie oznacza, że tylko ona rośnie. Rosną też inne wynagrodzenia, szczególnie te, które są relatywnie niedaleko jej poziomu. Czyli mamy wyraźny wzrost kosztów pracy w ogóle.
Ktoś powie: no dobrze, ale przecież w ostatnich latach płaca minimalna rosła. I jakoś wszystko działało. To dlaczego teraz może być inaczej? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że w poprzednich latach, także ze względu na kryzys, wielokrotnie mieliśmy sytuację, że wydajność pracy była większa od wzrostu wynagrodzeń. Mówiąc innymi słowy wiele przedsiębiorstw miało swoisty bufor. Mogło zwiększać koszty, nie podnosić cen, czyli zmniejszać marżę wygenerowaną wcześniej ze względu na wcześniejszy szybszy wzrost wydajności. Firmy te dalej były rentowne. Ale w wielu przypadkach ta rezerwa się wyczerpała. I także dlatego zaczęła rosnąć inflacja. A drugi powód to fantastyczna koniunktura. Przypominam: nie tylko u nas, ale, w szczególności, w całej Europie środkowo – wschodniej. Jak długo to jeszcze potrwa?
Płaca minimalna w 2015 r. wynosiła 1750 złotych. Obecnie jest to 2250 złotych. A to oznacza wzrost o niecałe 30% w ciągu czterech lat rządów PiS. Jeśli dobrze rozumiem, mamy dojść do poziomu 4 tysięcy PLN w ciągu kolejnych pięciu lat. A to oznacza wzrost o prawie 80%. Skąd ma się wziąć potencjał do takiego wzrostu, skoro w tak fantastycznej koniunkturze, jak w ciągu ostatnich lat i przy rezerwach w wypracowanym zysku, o czym pisałem przed chwilą, to się nie stało?
Ktoś powie: to nie jest problem rządu. Przecież to nie rząd płaci minimalne wynagrodzenie. To problem przedsiębiorców. To fakt. Ale ich odpowiedź może być taka, że przerzucą te koszty, co doprowadzi do wzrostu inflacji. I to wyraźnego. Albo przestaną zatrudniać, a to ograniczy wzrost gospodarki. Wtedy będzie to już problem nas wszystkich. Bardzo chciałbym, żeby każdy Polak zarabiał przynajmniej tysiąc euro. Ale to musi być pochodną sytuacji w gospodarce. Nakaz tego nie załatwi.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o