Odpuśćmy sobie 11 listopada

0
126
REKLAMA

Nie trzeba było być specjalnie przenikliwym, by wiedzieć, że polska państwowość została zdefiniowana zupełnie gdzie indziej, a mianowicie w Teheranie i w Jałcie, w których to miastach Churchill i Roosevelt oddali nas w ręce Stalina. Trzeba oddać naszym ówczesnym sojusznikom sprawiedliwość, że nie dopuścili do tego, by nasz kraj stał się republiką sowiecką, tak jak Litwa, Łotwa czy Estonia. Co prawda bycie republiką nie zabiło tych krajów, ale mimo wszystko było to dla ich państwowości dużym kłopotem, z którego te kraje wychodzą cały czas z pewnym mozołem. Swoją drogą nie do końca rozumiem, dlaczego PRL nie uznawał 11 listopada. To nieuznawanie nobilitowało tę datę, i w konsekwencji było anty peerelowskie. A prawda o 11 listopada dociera do mnie dopiero dzisiaj.
W 1918 roku 11 listopada Niemcy podpisały akt kapitulacji. Akt, który stał się zresztą głównym powodem wybuchu II wojny, co niektórych historyków prowokuje do twierdzenia, że nie było dwóch wojen światowych, tylko była jedna, która miała 20 lat przerwy. Te 20 lat to był czas II RP. Czas z jednej strony piękny, bowiem to wtedy potrafiliśmy z niczego zbudować Gdynię, czy też COP, ale z drugiej strony były to lata, w których oczywistym się stało, że jesteśmy narodem skłóconym i nie potrafiącym dojść do porozumienia w najważniejszych sprawach. Sam 11 listopada był datą dla nas przypadkową. Owszem, tego dnia obce mocarstwa zgodziły się zaprzestać wojny, ale nie stało się to w związku z jakąkolwiek polską aktywnością.
I wojna światowa była dla naszego kraju wojną chyba najbardziej okrutną w historii. Oto Polacy walczyli w armiach Austro‑ Węgier, Rosji i Niemiec. Strzelali do siebie zupełnie bez sensu i wcale nie wiedzieli, że skutkiem całej tej zawieruchy będzie wolna po 123 latach Polska. Owszem, dwa lata później zdaliśmy egzamin z niepodległości, pokonując bolszewików w bitwie warszawskiej, ale nie było to 11 listopada, tylko 15 sierpnia.
Piszę o tym, bo od kilku lat 11 listopada stał się dniem, w którym na ulice wychodzą różne ogolone palanty. Podpalają samochody telewizyjne i radiowe. Protestują, bo jest im źle. Ja to nawet rozumiem. Dla 20‑latka, który nie ma pracy i perspektyw na nią, nasz kraj jest miejscem opresyjnym. 20‑latek patrzy na okrągły stół jak na miejsce zdrady narodowej. Ale moim zdaniem jest to spojrzenie nie do końca sprawiedliwe. Owszem, w 1989 roku nie zastanowiliśmy się nad tym jak ma wyglądać wolna Polska, ale brak zastanowienia to nie zdrada. Dlatego chętnie zostawiłbym im 11 listopada jako ich dzień. Niech sobie łysi chodzą i wrzeszczą co tam sobie chcą.
11 listopada jest najczęściej zimno i mokro. Marzy mi się świętowanie w okolicznościach znacznie cieplejszych. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla części społeczeństwa 4 czerwca będzie nie do przyjęcia, kontrowersyjnym będzie też 31 sierpnia, bo są to daty zbyt świeże, zbyt młode, by jednoczyć nasz podzielony naród, ale wspomniany już przeze mnie 15 sierpnia 1920 roku, mógłby nas połączyć. Tego dnia, 93 lata temu dokonaliśmy rzeczywiście czegoś wielkiego. Wpłynęliśmy na historię nie tylko Europy, ale i całego świata, zatrzymaliśmy bolszewików. Zupełnie inną sprawą jest to, czy doprowadziliśmy tym do stworzenia lepszego świata. Nie mamy szansy na to, by sprawdzić jak wyglądałby nasz świat gdyby w 1920 roku bolszewicy pokonaliby nas. Ale jestem przekonany, że byłby to świat straszny…

REKLAMA
REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments