Oświecony monarcha

0
20
REKLAMA

Nawet w czasach PRL, kiedy Polsce było do demokracji daleko, uważałem, że oświecona monarchia, czyli taka, w której władca nie jest tyranem, a raczej kimś, kto dba o poddanych, mogłaby być ustrojem sprawnym i dobrym dla ludzi, których zamiast poddanymi można by też nazwać obywatelami. Tym bardziej że swoją obywatelskość mogliby wykazywać w małych społecznościach, na przykład w samorządach. Gdy 40 lat temu powiedziałem o tym mojemu profesorowi historii, ten nawet mnie nie wyśmiał, ale zapytał, czy znam jakikolwiek kraj, który spełniałby warunki oświeconej monarchii. Nie znałem. Jedyne przykłady, jakie mi przychodziły do głowy, pochodziły z bajek przeczytanych w dzieciństwie. Ale to ziarno zasiane we mnie przed laty przez nie wiadomo kogo we mnie zostało.
Myślałem o tym w piątek wieczorem, gdy kończył się w Brukseli kolejny szczyt ostatniej szansy. Przykro to powiedzieć, ale Europa tej szansy nie wykorzystała. I to w jak najbardziej demokratyczny sposób. Jeden z komentatorów szczytu powiedział, że dziwi się, że Angela Merkel daje się wodzić za nos Jamesowi Cameronowi, który ma w nosie Europę i który zapowiada referendum w sprawie wyjścia z Unii. A to przecież nie jest tak, że premier Wielkiej Brytanii cokolwiek może zrobić inaczej, niż chcą obywatele jego kraju. James Cameron, gdyby nie doprowadził do brutalnych cięć w budżecie unijnym, sam mógłby się zacząć pakować, a na Downing Street zasiadłby ktoś, kto takie cięcia potrafiłby przeprowadzić. Taka jest zasada działania demokracji.
Wszyscy demokratycznie wybrani przywódcy są zakładnikami swoich wyborców, ludzi najczęściej, nie powiem niezbyt mądrych, ale niezbyt dobrze poinformowanych. Ludzi, którzy w swoich wyborach kierują się wiedzą naskórkową i opiniami wyczytanymi z bulwarówek.
To, co się zdarzyło w Brukseli, jest jak najbardziej świętem demokracji, tyle tylko że jest to takie święto jak Zaduszki. Oto zgodzono się na powolne degenerowanie się naszego kontynentu. Cięto wydatki na naukę i rozwój, a podtrzymano kuriozalne dopłaty do rolnictwa. W rolnictwie pracuje w tej chwili tylko garstka Europejczyków. Średnia europejska to jest 5,5%. W Polsce co prawda aż 17% obywateli utrzymuje się z roli, ale jeszcze niedawno było to ponad 20%. Gdybyśmy, jako Europa, założyli, że docelowo należy ograniczać rolnictwo na naszym kontynencie, to oszczędzilibyśmy miliardy euro i wyciągnęli rękę do biednej Afryki pomagając jej naprawdę, a nie na papierze. Afryka jest w stanie wyżywić Europę, produkując żywność w cenach porównywalnych do tych, jakie oferują europejscy producenci, tyle że bez dopłat. Pieniądze oszczędzone na tym można by spokojnie przeznaczyć na te 4% obywateli Europy, którzy musieliby się przekwalifikować (1,5% warto by zostawić do produkcji specjalistycznej) i jeszcze by zostało sporo funduszy na inwestycje w przyszłość, w naukę i rozwój. Nie postuluję likwidacji rolnictwa od zaraz, ale żal mi, że nikt o tym nie myśli w perspektywie kilkudziesięciu lat. Ale jak o tym myśleć, skoro każdy lider polityczny za chwilę ma wybory.
W Chinach wyborów nie mają, ale dwa lata temu ówczesny pierwszy sekretarz KPCh oświadczył (oświecony monarcha?), że najważniejszym celem dla Chin jest szybkie podwojenie zarobków pracowników. I oni do tego podwojenia doprowadzą, chociaż od roku rządzi tam już nowy pierwszy sekretarz, który wie, że za 9 lat tak czy siak odejdzie.
Zawsze, gdy mówi się o Chinach, pada argument o nieprzestrzeganiu w tym kraju praw człowieka. Zgoda, nie przestrzegają, ale zachwyconych naszą zachodnią demokracją zapraszam na film „Wróg numer jeden”, opowiadający o tym, gdzie Amerykanie mieli prawa człowieka wykonując egzekucję na bin Ladenie. Zapraszam też do Guantanamo albo bliżej, do Kiejtut.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o