Pakt fiskalny

0
61

Mamy wielki kryzys strefy euro. Wiemy o tym doskonale, od wielu miesięcy właściwie wszędzie się o tym mówi i nawet ktoś, kto nie interesuje się sytuacją międzynarodową, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Problemem jest olbrzymie zadłużenie wielu krajów strefy. Zaczęło się wszystko od stosunkowo małej Grecji, potem była Irlandia, trudną sytuację mamy także w Hiszpanii, Portugalii i Włoszech. Ale nawet najpotężniejsze gospodarki strefy też nie mają się czym pochwalić, bowiem zarówno Niemcy, jak i Francja mają długi znacznie powyżej poziomu przyjętego powszechnie za bezpieczny, czyli 60% Produktu Krajowego Brutto.
Wielokrotnie zajmowałem się kwestiami tego kryzysu na łamach TEMI. Pisałem, że strefa euro może przetrwać, ale pod warunkiem, że z jednej strony ona sama, z drugiej zaś poszczególne państwa na własnym podwórku przeprowadzą odpowiednie reformy. Pakt fiskalny jest jedną z tych reform. Można wręcz powiedzieć, że fundamentalną.
W zasadzie rację mają ci, którzy mówią, że sam pakt tak wiele pod względem formalnym nie zmienia, biorąc pod uwagę przepisy w poszczególnych krajach. Czy może inaczej: bez tego paktu, jedynie odpowiednimi zmianami krajowych przepisów, teoretycznie można by było osiągnąć to samo. Problem w tym, że jeśli owo porozumienie stanowi efekt wspólnej decyzji wszystkich czy prawie wszystkich, to moc takiej decyzji jest zupełnie inna. I właśnie pokazanie jedności i determinacji w walce o strefę to jest to, o co chodzi. Być może ta determinacja nie jest na najwyższym możliwym poziomie, ale jednak coś także w tym względzie w ostatnich miesiącach się zmieniło.
Sam pakt jest zbiorem przepisów, które potwierdzają konieczność utrzymywania finansów publicznych w ryzach. Tak było i poprzednio, ale teraz możliwości wpływania na kraje, które nie podporządkowują się zasadom, są zdecydowanie większe. A niektóre działania będą podejmowane z automatu, nie będzie potrzeba do tego zgody innych państw. Mówiąc innymi słowy: trudniej będzie teraz zachowywać się tak, jak Grecja zachowywała się przez lata. I nikt już nie wyobraża sobie przyjęcia do strefy kraju, który kryteriów z Mastricht nie spełnia trwale, a tylko na chwilę.
Czy jest to ograniczenie suwerenności? Oczywiście, że tak. Jeśli bowiem ktoś nie podporządkuje się zasadom, to spotkają go konsekwencje. Zewnętrzne ośrodki będą miały prawo mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy. Ale jak inaczej wymusić zachowanie rygoru, który jest warunkiem koniecznym stabilności i, tym samym, przyszłości euro, i całej strefy? Jak widać, inaczej nie da się tego zrobić. Brak odpowiedzialności polityków i całych społeczeństw oraz doraźne cele, często będące wynikiem populistycznych programów politycznych, spowodowały obecny kryzys. Nie udało się zagwarantować przestrzegania zaleceń choćby w kwestii deficytu budżetowego czy długu publicznego.
Zresztą nikt nikogo do niczego nie zmusza. To dokładnie tak, jak z Unią Europejską. Przecież nie musieliśmy do niej wchodzić. Tylko gdzie dzisiaj bylibyśmy bez niej?
Nasz podpis pod dokumentem nie jest wiążący. Przedstawiciele rządu z premierem na czele mówią, że podpisaliśmy dokument, ale na razie nie będziemy się stosować do wszystkich jego postanowień. Zaczną nas one obowiązywać dopiero po naszym wejściu do strefy euro. Zresztą tak naprawdę większość postanowień i tak mamy wpisanych w nasze prawo, z konstytucyjnym ograniczeniem długu publicznego na czele. Respektowanie wszystkich zasad oznaczałoby, że planowane przez rząd reformy musiałyby być jeszcze głębsze, a do tego zapewne nie ma on odwagi. Nie zmienia to jednak faktu, że warto się było tym gestem przyłączyć do innych krajów. I to nawet w sytuacji, kiedy nie będziemy mogli na równych prawach uczestniczyć w spotkaniach strefy euro. Szkoda, że nie udało się uzyskać tego przywileju. Racja była po środku, bo z jednej strony, faktycznie jeszcze w strefie nie jesteśmy, z drugiej, postanowienia czynione na spotkaniach będą nas dotyczyć, gdy do niej wejdziemy.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o