Partner czy bezlitosny windykator?

0
28
REKLAMA

W sposób szczególny jest to widoczne właśnie teraz, kiedy od 2008 roku borykamy się z różnymi zawirowaniami światowej gospodarki. Czy taki status banków oznacza, że ich relacja w stosunku do tych, którym pieniądze pożyczają, jest ściśle opisana i nie podlegająca dyskusji?
Podstawowa działalność bankowa polega na tym, że od jednych bierze się pieniądze w formie lokat, a innym się te pieniądze pożycza w formie pożyczek i kredytów. Oczywiście za to, że ktoś bankowi pieniądze powierza, musi się on zrewanżować. Czyli musi za to zapłacić. Ta zapłata to oprocentowanie lokat. Z drugiej strony bank żąda zapłaty za pieniądze, które pożycza innym. Aby cały interes mógł się kręcić, zysk z pożyczania pieniędzy musi być wyższy niż koszt wynikający z procentów płaconych właścicielom lokat. I tak oczywiście jest w praktyce.
Jednak, niestety, zawsze mogą pojawić się jakieś problemy. Najważniejszy i najczęściej spotykany to oczywiście sytuacja, kiedy pożyczko czy kredytobiorca nie jest w stanie na czas oddać pieniędzy, które pożyczył. Co wtedy? Jak powinien zachować się bank?
Z punktu widzenia tych, którzy pieniądze pożyczyli, najlepiej by było, gdyby bank ulżył w kłopotach. A więc zgodził się na restrukturyzację. Przesunął terminy płatności, wydłużył je albo, w skrajnej sytuacji, zgodził się na redukcję zadłużenia. No tak, tylko jak takie podejście pogodzić z ochroną tych, którzy powierzyli bankowi pieniądze? Czy mają oni dostać mniej, dlatego że bank zgodził się na redukcję zadłużenia?
Oczywiście o takiej sytuacji nie może być mowy. A zatem obowiązują określone procedury. Oprocentowanie pożyczek i kredytów musi być odpowiednio wyższe. Czyli w „cenie” musimy uwzględnić kłopoty z ich obsługą. Chodzi o to, aby zysk był większy i mógł posłużyć wyrównaniu ewentualnych strat. Poza tym samo pożyczanie pieniędzy jest obwarowane odpowiednimi warunkami. Analitycy banku muszą uwierzyć w to, że pożyczający jest w stanie oddać to, co pożyczył. Liczy się oczywiście cel, na który mają iść pieniądze, ale także historia firmy, właścicieli, zarządu itp. Potrzebne są także, choć nie zawsze, odpowiednie zabezpieczenia. Wszystko po to, aby ograniczyć ryzyko.
Prawdą jest jednak, że w wielu przypadkach to właśnie osobista, wynikająca z analizy na bieżąco decyzja pracowników banku decyduje o tym, czy mająca kłopoty firma wyjdzie na prostą, czy przepadnie. Jeśli pojawiają się kłopoty, bank może podjąć się restrukturyzacji albo od razu wypowiedzieć umowę. W drugim przypadku często firma nie jest oczywiście w stanie oddać pożyczonych środków. Są jednak zabezpieczenia, do których ma prawo bank. Często nie wystarczają one jednak na pokrycie zobowiązań. Ale lepsze to niż nic.
Wielokrotnie jednak firmy twierdzą, że gdyby bank nie wypowiedział kredytu i zgodził się „pomóc” w trudnych chwilach, to wszystko skończyłoby się oddaniem całości kwoty. Rzeczywiście w wielu przypadkach mogłoby tak być. Jak jednak oddzielić ziarno od plew i podjąć właściwą decyzję, komu pomóc, a komu nie? To znaczy, gdzie ta pomoc ma sens i poskutkuje uzdrowieniem firmy, a nie jeszcze większymi stratami banku?
I tu właśnie przechodzę do sedna sprawy. Pamiętam spotkanie z końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy przedstawiciel jednego z zagranicznych banków, pan po czterdziestce, tłumaczył, że z większością swoich klientów, firm, pracuje minimum 10 lat. „Tylko wtedy – mówił – można poznać specyfikę branży, firmy i osoby w tej firmie pracujące. I tylko wtedy można dobrze zareagować, gdy pojawiają się kłopoty”. Święte słowa! I to jest chyba to, czego wciąż nam w Polsce brakuje. Nie tylko z winy banków, które często zmieniają osoby opiekujące się określonymi klientami, ale także z winy firm, które często zmieniają banki, twierdząc, że inne dają im lepsze warunki. Jeśli znamy kogoś krótko, to trudno podejmować wspólne decyzje oparte na zaufaniu, szczególnie wtedy, gdy firma przeżywa kłopoty.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o