Po nas potop

0
69
REKLAMA

Pierwszy kwartał zamknął rząd wykonaniem 60 procent całego przeznaczonego na ten rok deficytu. Bezrobocie przekroczyło 13,5 procent − to dane najbardziej oczywiste, łatwo dostępne, choć przykryte w mediach różnymi tematami zastępczymi. Dotarcie do niektórych innych wymaga już pewnego zachodu i ciekawe, że właśnie media ekonomiczne potrafią czasem wykazać tu więcej dociekliwości niż te „ogólne”.
Na przykład swoistą tradycją Dziennika. Gazety Prawnej, szczęśliwie kontynuowaną mimo zmiany kierownictwa, jest monitorowanie liczby urzędników w naszym kraju. Zadanie wcale nie tak łatwe, bo rząd w tej sprawie, jak w każdej innej, ukrywa prawdę i stara się zbyć opinię publiczną obietnicami składanymi przez premiera wielokrotnie, że liczbę urzędników zmniejszy, a konkretnych danych akurat nie ma, więc niestety. Dziennikarze muszą mozolnie wędrować od urzędu do urzędu i powołując się na przepis o prawie do informacji publicznej, dosłownie wymuszać na nich konkretne liczby, ilu mają pracowników i ilu ich przybyło w ostatnim czasie.
Ze zsumowania tych dziennikarskich danych wynikło niedawno, że w ministerstwach, urzędach centralnych i wojewódzkich, marszałkowskich, samorządowych etc. pracuje… przepraszam, lepiej powiedzieć − zatrudnionych jest obecnie 500 tysięcy osób. A więc już o 200 tysięcy więcej niż za rządów, uważanej za socjal‑etatystyczną koalicji PiS−Samoobrona−LPR. Samo w sobie jest to wstrząsające, zwłaszcza w zestawieniu z propagandą uzasadniającą, „konieczność” praktycznego odebrania wielu Polakom emerytur, brakiem pieniędzy. Ale to mało. Dziennikarze ustalili, niejako przy okazji, że ponad swe etatowe obsady urzędy masowo zatrudniają osoby dodatkowe na umowach‑zleceniach. Nie sposób tu powiedzieć „umowach śmieciowych”, choć tak się przyjęło je określać, bo akurat urzędy płacą sowicie.
Taka wiadomość − o milionie opłacanym przez rząd tam, gdzie wystarczyłoby sto, góra dwieście tysięcy − powinna obiec wszystkie pierwsze strony. Nie ona jedna. Oto na przykład pisały ostatnio gazety ekonomiczne o niezwykłym rozkwicie rynku tzw. „chwilówek”, czyli krótkoterminowych, z reguły wysoko oprocentowanych pożyczek na stosunkowo niewielkie kwoty. Na „chwilówkach” interes robią głównie rozmaite „parabanki” (choć boom jest taki, że i wielkie banki próbują wejść w paragon; zobaczcie Państwo, co aktualnie reklamuje np. Marek Kondrat), bo jest to oferta skierowana do ludzi niespełniających wymogów określanych przez nadzór bankowy.
Popularność „chwilówek”, kredytów z zasady przeznaczonych dla ludzi w ciężkim czy wręcz desperackim położeniu, zwłaszcza w połączeniu z danymi o rosnącej liczbie Polaków niewywiązujących się ze spłat pozaciąganych wcześniej kredytów (już 2,5 miliona) jest oczywistym znakiem, że coraz więcej gospodarstw domowych traci finansową stabilność. Gdy związać koniec z końcem trudno jest jednemu Kowalskiemu, to on ma problem. Ale gdy ludzi nie radzących sobie ze spłatami są miliony, problem ma cała gospodarka.
Rząd ten problem, oczywiście, widzi, ale robi to, co jedynie umie − rzuca na przejedzenie pożyczki i ostatnie rezerwy, aby nieco opóźnić krach. Aby do wyborów.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o