Początek podwyżek?

0
75

Oficjalna wersja partii rządzącej jest taka, że udaje się spiąć budżet pomimo tego, że zdecydowano się na poważne wydatki w obszarze socjalnym, z programem 500+ na czele. Takie słowa padały choćby przy okazji weekendowego kongresu PiS. Prawda jest, jak to zwykle bywa, o wiele bardziej skomplikowana. Owszem, rząd ma sukcesy, choćby w kwestii zwiększenia ściągalności podatków, ale nie wiemy w tej chwili tak dokładnie, jaka jest skala poprawy. Wiadomo bowiem, że świetna sytuacja budżetu po maju wynika po części ze struktury wzrostu PKB, głównie ciągnie nas obecnie konsumpcja, co nie jest optymalne, oraz z przerzucenia zwrotu podatku VAT ze stycznia 2017 na grudzień 2016. Ale tak czy inaczej, poprawa w tym obszarze jest.
Jeszcze raz trzeba zwrócić uwagę na jedną kwestię: ten budżet się spina, ale rząd zakłada w nim maksymalny, dopuszczalny deficyt budżetowy w sytuacji ewidentnej koniunktury. Wzrost gospodarczy jest szybki. Co w sytuacji, kiedy dojdzie do spowolnienia? Pisałem o tym niedawno.
No dobrze, ale wróćmy do tematu podwyższenia opłaty paliwowej, a właściwie do tematu podwyżek w ogóle. Wicepremier Morawiecki chwali się, że projekty realizowane przez PiS nie doprowadziły do podwyżek podatków. Problem w tym, że podatki, przynajmniej w rozumieniu podatków bezpośrednich i pośrednich, to niejedyny sposób na zwiększenie środków, nad którymi państwo ma kontrolę. I których zbieranie nas obciąża.
Na początku 2016 roku pisałem, że realizacja pomysłów PiS może doprowadzić do konieczności zwiększenia obciążeń społeczeństwa. Być może nie wszystkich grup społecznych i być może nie w postaci podwyżki stawek podatków VAT czy PIT. Dawałem wtedy przykład możliwego wzrostu cen prądu czy wody. I wygląda na to, że dokładnie w tym kierunku zmierzamy. Tyle tylko, że na początek pójdzie nie prąd i nie woda, tylko benzyna, olej napędowy i gaz stosowany jako paliwo do pojazdów. Oto bowiem dowiadujemy się, że pojawił się pomysł zwiększenia opłaty paliwowej. Opłata paliwowa to jeden z trzech podatkowych i parapodatkowych, obok akcyzy i podatku VAT, składników ceny paliwa. W sumie te trzy elementy stanowią mniej więcej 60% tego, co płacimy na stacjach benzynowych. Obecnie opłata paliwowa wynosi np. około 10 groszy w litrze benzyny 95. PiS chce ją podnieść o 20 groszy, co oznacza wzrost ceny litra o około 25 groszy, bowiem od całości płacimy jeszcze podatek VAT. Podobno mamy się cieszyć, bo była opcja wzrostu o 30 groszy, ale zdecydowano się na wariant niższy.
Na co mają pójść w ten sposób zebrane pieniądze? Rząd mówi, że na drogi lokalne. Ale prawda jest taka, że przecież mogą pójść w zupełnie inne miejsca. Tak czy inaczej, jest to prostu podwyższenie daniny, którą trzeba traktować, mam tu na myśli oczywiście nas wszystkich, dokładnie tak samo, jak standardowe podatki.
A jeśli ktoś nie ma samochodu? To i tak może się okazać, że złoży się na tę podwyżkę, może ona bowiem, choć w części, być przeniesiona na każdego na przykład w postaci podwyżek kosztów transportu.
No dobrze, ale jeśli dodamy owe 25 groszy do dzisiejszej średniej ceny benzyny 95, to będziemy gdzieś na poziomie 4,55 – 4,65 zł za litr. To i tak grubo ponad złoty mniej niż jeszcze całkiem niedawno płaciliśmy na stacjach. I tu jest prawdopodobnie pies pogrzebany. PIS chce wykorzystać to, że ropa na świecie bardzo staniała. Znacie Państwo moje zdanie na temat perspektywy ceny baryłki, bo kilka razy o swojej prognozie pisałem. Moim zdaniem cena 50 USD plus/minus 20 USD będzie obowiązywała długo. A zatem jeśli nie zajdzie jakiś kataklizm na rynku walutowym albo coś nadzwyczajnego na świecie, to ryzyko tego, że opłatę paliwową albo stawkę akcyzy trzeba będzie za chwile obniżać, bo będzie za drogo, nie jest zbyt wysokie. Choć wykluczyć tego nie można, trzeba przyglądać się na przykład zaognieniu sytuacji z Katarem.
PIS wykorzystuje zatem spadek cen na świecie. Nie zmienia to jednak faktu, że słowa premier Szydło o tym, że wzrost opłaty paliwowej może nie spowodować wzrostu cen, są kuriozalne. Oczywiście być może nie zostanie ona przeniesiona na konsumentów w całości, tym bardziej że ostatnio wzrosły marże, więc być może producenci, hurtownicy i na koniec stacje benzynowe nieco je zmniejszą, żeby nie przerzucać na klienta całości podwyżki. Ale z pewnością znaczną jej część zapłacimy wszyscy. No, chyba że premier ma na myśli dalszy spadek cen ropy na świecie. Co, moim zdaniem, jest bardzo prawdopodobne. Wtedy rzeczywiście wzrost opłaty paliwowej nie doprowadzi do wzrostu cen na stacjach. Po prostu nie zostaną one obniżone albo zostaną obniżone mniej w ślad za spadkiem cen na świecie.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o