Podatek bankowy

0
67

Kto spowodował kryzys rynków finansowych? Zdaniem wielkiej rzeszy ludzi oczywiście bankowcy i zarządzający w funduszach! Prawda jest bardziej skomplikowana, ale rzeczywiście niefrasobliwość, delikatnie mówiąc, wielu z nich z pewnością się do eskalacji kryzysu przyczyniła. Niefrasobliwość i chciwość. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Alana Greenspana, który był przez wiele lat szefem amerykańskiego banku centralnego: „Pomyliłem się, sądząc, że racjonalizm wygra z chciwością…”. Rzeczywiście – nie wygrał. Ale nie wygrał nie tylko w głowach wielu bankowców. Także na przykład akcjonariuszy banków, którzy naciskali na zarządy, aby intensyfikować zyski.
Tak czy inaczej banki to pieniądze. Z jednej strony ogromne pieniądze przez te instytucje zarabiane, z drugiej niewyobrażalne kwoty, które trzeba było w nie wpompować, aby kryzys przeżyły. Co prawda, znaczną część tych pieniędzy odzyskano, w przypadku USA prawie wszystko, ale i tak wrażenie zostało. Jakim cudem odzyskano? Ano takim, że środki trafiały do banków w postaci ich dokapitalizowania. Czyli rządy kupowały nowo emitowane akcje, pieniądze wpływały do instytucji, ale rządy stawały się ich współwłaścicielami. Potem, jak sytuacja się poprawiła, te akcje sprzedawano. Najczęściej, żeby nie powiedzieć prawie zawsze, z zyskiem. Prawdą jest jednak to, że obok dokapitalizowania banków trzeba było wydawać gigantyczne pieniądze na ratowanie hamujących gospodarek. Tych pieniędzy odzyskać, w każdym razie w takim sensie, jak w przypadku dokapitalizowania banków, się nie da.
Teraz jednak banki odżyły. Stąd po raz kolejny padł pomysł, aby płaciły więcej niż inni. W jaki sposób? Koncepcji jest wiele. Na przykład niech płacą od środków, które są na lokatach. Albo od transakcji. Jakich? Choćby od tych, które dokonywane są nie między klientami, ale tylko między instytucjami. Często jednak transakcje między instytucjami wynikają ze zleceń klientów albo są z nimi powiązane. Można oczywiście wymyślać inne warianty.
Czy to wszystko ma sens? Obroty w transakcjach finansowych są gigantyczne. Faktem jest, że wprowadzenie nawet minimalnego podatku oznacza zebranie olbrzymich sum. No, ale oznacza to także, że ktoś te sumy musi zapłacić. Kto? Dla mnie sprawa jest jasna: klienci! Jeśli ktoś wierzy w to, że banki podzielą się zyskami, czyli wezmą nowy podatek, mówiąc kolokwialnie, „na klatę”, jest w błędzie.
Druga kwestia to powszechność tego podatku. Jeśli ma on obowiązywać tylko w Unii Europejskiej, będzie to oznaczało odpływ części transakcji gdzie indziej. Pewnie nie trzeba będzie daleko szukać, bo Wielka Brytania już zapowiedziała, że żadnego podatku nie wprowadzi. Ale nawet jeśli, to mamy Nowy Jork, Hong Kong czy Tokio. Bez znaczenia. Przy dzisiejszym rozwoju systemów informatycznych, informacyjnych i transakcyjnych możemy to robić w dowolnym miejscu świata. Jeśli zatem ten podatek nie ma zmniejszać roli poszczególnych obszarów w obrocie finansowym, i nie tylko finansowym, musi być wprowadzony globalnie.
Tak więc nie jestem za wprowadzeniem nowego podatku tylko w Unii Europejskiej. Co innego rozważanie rozwiązań powszechnych. Pytanie, czy mamy na to szansę w sytuacji, gdy w innych częściach świata, choćby w USA, z uwagi na wyraźną poprawę sytuacji gospodarczej o kryzysie mówi się już znacznie cichszym głosem.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o