Polskie drogi

0
28
REKLAMA

I może kogoś to zaskoczy, ale nie uważam, by Polacy byli złymi kierowcami. Oczywiście zawsze na drodze znajdzie się kilku przygłupów (przygłupek, czyli szalonych kobiet raczej nie ma), którzy traktują samochód jako przedmiot potrzebny, do – właśnie, nie do końca wiadomo, do czego. Jedni twierdzą, że do przedłużenia męskości, ale trudno się z tym zgodzić, bo szaleńcza jazda moim zdaniem nie ma nic wspólnego z męskością. Inni uważają, że przygłupy na drogach próbują zrekompensować swoje życiowe porażki i do takiej opinii bardziej się przychylam. Ale z każdym rokiem jest tych kretynów coraz mniej, co znajduje swoje potwierdzenie także w statystykach policyjnych, z których wynika, że z roku na rok mamy mniej wypadków i mniej ofiar na drogach. Nadal jest ich jednak bardzo dużo, zwłaszcza jeżeli zestawimy się z takimi krajami jak Niemcy czy Francja, o krajach skandynawskich nawet nie mówiąc. Dlaczego zatem u nas jest nadal źle, a u naszych sąsiadów z zachodu dużo lepiej? Nie sądzę, by chodziło o to, że częściej niż inni siadamy za kierownicą po pijaku. Znam badania, z których wynika, że Francuzi częściej niż Polacy jeżdżą na lekkim rauszu. O co zatem chodzi? Gdzie tkwi błąd? Moim zdaniem niestety znowu winni są rządzący. Nasze drogi pełne są bowiem nielogiczności, a kierowca bombardowany zakazami i nakazami, które biorą się nie wiadomo skąd, zaczyna je ignorować. Zwłaszcza że ignorowanie tych idiotyzmów przeważnie jest bezkarne. Zupełnie inaczej jest za granicą. I Polacy tam jeżdżą grzecznie i zgodnie ze znakami. Nie dlatego, że opuszcza ich nagle bojowy duch, ale dlatego, że przede wszystkim ograniczenie prędkości nie jest związane z remontem drogi, który to remont skończono 3 lata temu, ale z jakimś konkretnym zagrożeniem. Poza tym przekroczenie przepisów w Czechach, Austrii czy w Niemczech wiąże się najczęściej z mandatem. I dalej, to rządzący, w różnych zresztą okresach doprowadzili swą krótkowzrocznością do totalnego chaosu na naszych autostradach. Jadąc z Warszawy do Poznania najpierw nie płacimy nic za mniej więcej 90 kilometrów, potem płacimy około 10 złotych za ponad 100 kilometrów, a potem dwa razy na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów ściąga się z kierowców po kilkanaście złotych. Dzieje się tak dlatego, że na różnych odcinkach kto inny jest właścicielem. Ale zasady takie nie spadły z nieba, wymyślili to i uchwalili nasi kochani parlamentarzyści. Obrazki z minionego weekendu, na których mogliśmy zobaczyć umęczonych kierowców stojących przed bramkami wpuszczającymi na lub wypuszczającymi z autostrad, będą się powtarzały kilka razy w roku, bo tak ten system został skonstruowany właśnie przez polityków. Możemy się też uderzyć w piersi, że gdy ponad 10 lat temu minister Pol proponował winietki, to go wyśmialiśmy. A do systemu winietek warto będzie przejść tyle tylko, że potrwa to 3, 4 lata, podczas których przejazd autostradą będzie trwał krócej niż czas potrzebny na wjazd i wyjazd z niej. No i na koniec ostatnia uwaga, gdyby pociągiem z Krakowa do Gdańska jechało się 5 godzin, to mało komu opłacałoby się telepać na wybrzeże samochodem, ale przez długie dziesięciolecia politycy mieli kolej w nosie. I dzisiaj mamy tego widoczne skutki. Ale także i tu jest coraz lepiej. Zresztą, gdybyśmy mieli tylko takie problemy…

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments