Porażka, ale sukces

0
84
REKLAMA

Można nawet w to uwierzyć, pod warunkiem że się na owe projekty nie rzuciło okiem. W przeciwnym wypadku trudno nie zauważyć, że z buńczucznie zapowiadanego ograniczenia wydatków budżetu niewiele zostało. Niby wiek emerytalny zostanie podniesiony, ale kto chce, będzie mógł wcześniej pobierać emerytury częściowe; niby emerytury mundurowe ograniczono, ale nie bardzo, a górniczych nawet nie tknięto… Nie wydaje się, żeby tak zwane „rynki finansowe” − a to dla nich przecież była ta „reforma”, aby je przekonać, że można wciąż pożyczać Tuskowi na niski procent, bo prędzej oskubie on własnych obywateli, niż opóźni się ze spłatą − poczuły się usatysfakcjonowane.
Cóż, w poprzedniej kadencji nie mógł Tusk nic zrobić, bo mu nie pozwalał prezydent, który „wszystko wetował” (choć tak naprawdę z kilkuset ustaw przyjętych wtedy przez parlament Lech Kaczyński zawetował tylko kilkanaście, z czego w połowie wypadków wsparł go Trybunał Konstytucyjny). Teraz biedakowi nie pozwala wprowadzić „dobrych zmian” koalicjant. Trudno się doprawdy nie ulitować nad tak nieszczęśliwym przywódcą.
Wraz z rozmiękczeniem „reformy” emerytalnej zaczęło się też wycofywanie chyłkiem z innych obiecywanych programów. W sprawie likwidowania sądów rejonowych czy deregulacji już nie wypowiada się premier tak stanowczo, jak parę tygodni temu; raczej wygląda na to, że sądy będą dla oszczędności likwidowane, ale zostaną, a deregulację ograniczy się do taksówkarzy, ale już bardziej wpływowe lobby mogą spać spokojnie.
Całą dawkę stanowczości zużywa teraz premier na pokrzykiwania o „kłamstwach” dotyczących tragedii smoleńskiej (choć w istocie to on sam kłamie bezczelnie − dokumenty dowodzące, że kancelaria prezydenta od samego początku informowała rząd o planach obchodów są znane już od dawna) oraz na dyskredytowanie opinii swego własnego ministra o skutkach, jakie przyniesie Polsce ratyfikowanie europejskiej konwencji nazwanej „o zwalczaniu przemocy wobec kobiet”, a w istocie poświęconej zupełnie czemu innemu.
Można by powiedzieć − pełna klęska, i dziwić się, po co właściwie Tuskowi to było, dlaczego wziął się akurat za emerytury, skoro nie musiał i skoro z góry można się było domyśleć, że koalicjant się postawi? Tak właśnie czynią teraz komentatorzy, poruszający się w rejonach polityki i w sprawach gospodarczych.
Ale od socjologów dowiedzieć się można czegoś zupełnie innego. Ich zdaniem, cała sprawa, tak czy owak, jest wielkim sukcesem Tuska. Kluczem do zrozumienia sprawy wydaje się sondaż przeprowadzony na zlecenie Dziennika Gazety Prawnej. Otóż skutek całej kampanii emerytalnej jest taki, że 55 procent Polaków uważa, że i tak, zanim oni się doczekają emerytur, system emerytalny zbankrutuje. A jedna piąta twierdzi wręcz, że żadnych emerytur nie dostanie nigdy.
Skądinąd to ci ostatni mają rację (tylko nie wyciągają z niej oczywistego wniosku − skoro tak, to niech natychmiast rząd przestanie mnie okradać pod pozorem tzw. składki emerytalnej). Ale ważne jest to, że Tuskowi udało się, jak to nazywa socjologia, „obniżyć społeczne oczekiwania”. A kiedy się rządzić nie umie, jedynym, na co można liczyć, jest przekonanie ludzi, że i tak się po władzy niczego nie powinni spodziewać.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o