Postprawda

0
23

Najprostszym rozwiązaniem dylematu, dlaczego tak się dzieje, było przyjęcie hipotezy, że coś ten księżyc pożera. Ale co to jest? Dlaczego tego czegoś lub tego kogoś nie widać? Brak odpowiedzi na tak postawione pytania otwierał ogromną przestrzeń dla spekulacji i dla mitów. Brak wiedzy jest doskonałą pożywką dla fantazji. Po latach, gdy wzajemne relacje Ziemi, Słońca i Księżyca stały się jasne, potwory pożerające Księżyc przeniosły się w inne rejony niewiedzy, których to rejonów zresztą jest coraz więcej, bo wbrew powszechnemu przekonaniu rozwój nauki wcale nie powoduje pomniejszania się niewiedzy. Im więcej bowiem wiemy, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, jak dużo jeszcze nie wiemy.
Piszę o tym a propos tak zwanej post prawdy. Określenie to bije ostatnio wszelkie rekordy popularności, zwłaszcza po wyborach w Stanach Zjednoczonych, w których Donald Trump miał wygrać w dużej mierze dzięki rosyjskim hakerom, którzy sączyli do sieci tysiące nieprawdziwych informacji dotyczących jego konkurentki. Czym zatem jest ta post prawda? Czy zwyczajnym kłamstwem? Czy może starą jak świat bajdą albo plotką? Obawiam się, że i jednym, i drugim naraz. Jeżeli w XVII wieku do wioski przychodził wędrowiec i mówił, że na własne oczy widział kraj, w którym ludzie mają spiczaste głowy i jeżdżą na gigantycznych kotach, to nawet jeżeli do końca mu się w to nie wierzyło, to jakieś ziarno zostało zasiane. Dzisiaj rolę wędrowca przejął Internet. Jeżeli ktoś w sieci napisze, że Egipt sprzedał Rosji po dolarze za sztukę dwa wojenne okręty budowane początkowo dla Rosji przez stocznię we Francji, ale po agresji Rosji na Krym przekazane właśnie Egiptowi, to nawet jeżeli potem okaże się, że autor tej notatki jest znanym żartownisiem, to i tak znajdzie się wkrótce jakiś polityk, na pierwszy rzut oka być może nawet poważny, który zacznie o tym mówić jak o prawdzie, a w dużym europejskim kraju rozpęta się na ten temat całkiem spora i całkiem poważna dyskusja.
Kłopot z siecią, a szerzej mówiąc kłopot z mediami społecznościowym polega na tym, że są one tak słabo kontrolowane. W zasadzie można powiedzieć, że w ogóle kontrolowane nie są. Z jednej strony to dobrze, bo starsi z nas pamiętają, jak wyglądały media w pełni lub prawie w pełni kontrolowane przez państwo, ale z drugiej strony bezhołowie panujące w wolnym świecie mediów i przy otwartym Internecie powoduje, że prawda leży na tej samej półce, na której rozpycha się także kłamstwo. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że kłamstwo często jest ładniejsze niż prawda, kłamstwo często wygląda jak samiec kaczki – kolorowy i atrakcyjny, podczas gdy prawda jest jak tej kaczki samiczka, szara i niepozorna. (Dalibóg, nie wiem, dlaczego do głowy przyszły mi akurat kaczki). W dodatku prawda ma różne aspekty, często różnie wygląda obserwowana z różnych stron. Kłamstwo natomiast przeważnie wygląda atrakcyjnie z każdej strony. I na to się nic nie poradzi.
Co można zrobić? Na pewno można próbować namierzyć wyspecjalizowane komórki specjalizujące się w produkowaniu nieprawdziwych treści w celu osiągania konkretnych celów, na przykład w celu przechylenia szali zwycięstwa w jakichś wyborach na rzecz któregoś z kandydatów. Namierzanie takich ośrodków i pokazywanie ich światu nie jest jednak ani łatwe, ani też specjalnie skuteczne. Ostatnio na przykład znalazłem informację, że słynni rosyjscy hakerzy w istocie są hakerami amerykańskimi. I bądź tu mądry. Niewykluczone przecież, że informację tę wytworzyli… rosyjscy hakerzy. O wiele skuteczniejsze byłoby chyba uczenie w szkołach nie tyle odróżniania prawdy od fałszu, no bo jak to zrobić, ile myślenia. A myślenie polega między innymi na tym, że nie przyjmuje się każdej informacji bezkrytycznie. Myślenie każe utrzymywać dystans do świata zewnętrznego i pozwala traktować sieć jako właśnie ten świat zewnętrzny, a nie jako coś, co jest częścią mnie. No, ale tego nie nauczy się w szkole, gdzie bożkiem jest egzamin testowy.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o