Pozytywności!

0
31
REKLAMA

Może więc jest tak, że nikt nic nie wie, czyli, że ci, którzy prognozują, że będzie ciężko też nic nie wiedzą. I tego sobie i Państwu życzę.
A propos życzeń… Przyznam się, że nie lubię okresu świąteczno – noworocznego właśnie z powodu życzeń. Te wszystkie „zdrowych, pogodnych..” szczęśliwego nowego…” denerwują mnie swoją banalnością i mechanicznością. Najgorsze jest chyba „wszystkiego najlepszego”. Nie można mieć wszystkiego najlepszego. Gdyby ktoś to miał, to albo by zwariował, albo w ogóle tego nie zauważył. Najlepsze jest bowiem częścią dobra, a dobro istnieje tylko w połączeniu ze złem. Gdyby nie było zła, to nikt by nie zauważył dobra, i nikt nie byłby w stanie tego dobra docenić. I odwrotnie, gdyby nie było dobra, nikt by nie zauważał zła. Gdybym miał komuś szczerze życzyć, to życzyłbym tak: dużo dobrego i szczypty zła. Prawdziwą plagą w tym czasie są życzenia sms‑owe. Na te, które są pisane nie do mnie, czyli nie zaczynają się tak, że jasno widać, że ktoś o mnie pomyślał, i zastanowił się, jakie mam kłopoty, ergo czego mi ten ktoś chciałby mi życzyć, w ogóle nie odpisuję. Może przesadzam, ale denerwują mnie te wszystkie wierszyki rozsyłane taśmowo wszystkim z książki adresowej. Jeszcze bardziej denerwują mnie pseudo mądrości typu „święta to czas przemyśleń”. Ja uważam, że czas przemyśleń jest codziennie a nawet cowieczornie i conocnie.
Na przykład najnowsze moje przemyślenie jest nader pozytywne. Oto w przedostatni dzień starego roku byłem w „Och –teatrze” należącym do Fundacji Krystyny Jandy. Pozytywność tej fundacji, to zresztą temat na osobny felieton, ale tutaj chciałbym zatrzymać się na premierze niezwykłego spektaklu Krzysztofa Materny pod tytułem „Czas nas uczy pogody”. W tym śpiewanym spektaklu bierze udział 19 osób. Wszystkie są scenicznymi debiutantami, wszystkie mają powyżej 65 lat, śpiewają piosenki dobrze znane nam wszystkim. Od „Pod papugami” Niemena, przez „Kiedy byłem małym chłopcem” Tadeusza Nalepy, „Autobiografię” Perfectu, „Żyj kolorowo” Ewy Bem, po brawurowo zaśpiewaną „Jaskółkę uwięzioną” Stana Borysa. Nigdy nie przypuszczałem, że piosenkę tę jest w stanie zaśpiewać ktokolwiek poza Stanem Borysem. Potrafiła, i to jak!, emerytka Hanna Frieske, o której wiadomo tyle, że kiedyś grała na akordeonie.
W spektaklu śpiewają na przykład byli inżynierowie, księgowa, emerytowany kolejarz, biolożka i wiele osób, które same określają się jako babcie i dziadkowie. I śpiewają tak, że się czasami łza w oku kręci. Widziałem znanego aktora, który cały czas trzymał chustkę przy oczach. Wzruszają teksty, które w ustach emerytów często nabierają zupełnie nowych znaczeń i sensów, ale wzrusza także, a może przede wszystkim to, że ta grupa stworzyła naprawdę coś porządnego i wartego zauważenia. Że potrafili przezwyciężyć tremę i strach przed opiniami sąsiadów i najbliższych. Że najwyraźniej dobrze się bawią. Że dostają owacje na stojąco. Że potrafią pójść pod prąd trendu, że o ludziach na emeryturze mówi się mało, i to najczęściej w kontekście biedy, albo w ogóle się nie mówi. A tymczasem wiadomo, że się starzejemy, że większość kobiet mających dzisiaj 50, 60 lat dożyje lat 85 albo i więcej, a panowie mający dzisiaj prawo do przejścia na emeryturę, powinni zastanowić się jak zagospodarować ostatnich 10, a może 15 lat życia.
Ten spektakl jest po prostu strumieniem pozytywności. I znowu, jeżeli miałbym Państwu czegoś życzyć, to właśnie tego – pozytywności.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o