Realne zagrożenie recesją

0
125

Epidemia koronawirusa niestety się rozwija. Mamy nowych chorych i niestety nowe ofiary śmiertelne. To, co tydzień temu wydawało się pesymistyczne w odniesieniu do gospodarki, dzisiaj się już faktycznie dzieje. Wciąż nie wiemy, mamy tu różne prognozy, jak będzie dalej rozwijała się epidemia, już dzisiaj formalnie określana pandemią, trudno jest zatem precyzyjnie szacować jej konsekwencje choćby dla wzrostu PKB, czy wysokości bezrobocia.
Niestety, epidemia koronawirusa, którą Światowa Organizacja Zdrowia formalnie już określiła jako pandemię, ogarnia coraz nowe rejony świata. Mamy coraz więcej chorych i coraz więcej zmarłych. Mamy również nowe działania ze strony władz, które mają wyhamować rozprzestrzenianie się pandemii. No i, co zrozumiałe, są to działania ograniczające aktywność różnych przejawów życia społecznego. I także ograniczające aktywność gospodarczą. Zaczęło się od branż związanych z turystyką i przemieszczaniem się ludzi. Na początku załamanie aktywności nie wynikało z odgórnych decyzji rządów, ale po prostu ze strachu przed zachorowaniem. Szybko jednak przyszły decyzje władz, które ograniczyły lub wręcz zahamowały działalność wielu branż. Wyraźnie widzimy to w Polsce. Hotelarstwo, organizacja imprez masowych, aktywność związana z kulturą po zamknięciu kin i teatrów, przeżywają załamanie. W wielu przypadkach wygląda to tak, że firmy poniosły koszty związane ze swoją działalnością, np. organizowaniem koncertów, a teraz muszą oddawać zadatki czy wpłaty z tytułu zakupu biletów. Dane wyraźnie pokazują, że nie wszyscy, tak do delikatnie określę, mają rezerwy finansowe. A jeśli ich nie mają, to konsekwencją jest brak płynności. Czyli de facto upadłość.
Podobnie jest w przypadku pracowników. Jeśli nie pracujemy, to nie zarabiamy. A jeśli nie zarabiamy, to z czego mamy zapłacić za prąd czy gaz? Albo ratę kredytu? Bo i tu z odłożonymi rezerwami bywa różnie. Pamiętajmy, że mimo bogacenia się polskiego społeczeństwa, do tuzów wciąż nie należymy. Co zatem powinien zrobić rząd?
W pierwszej kolejności pomóc w zapewnieniu płynności. Zarówno na poziomie firmy, jak i gospodarstwa domowego. A jest tu wiele możliwości. Zresztą kilka programów tego typu realizowanych było w Europie w związku z kryzysem w 2009 roku i potem w 2012 i 2013 roku. Nieoprocentowane pożyczki płynnościowe, przesunięcie terminu płatności składek na ubezpieczenie społeczne itd itp. A w przypadku pracowników środki na przeżycie w postaci pensji na przetrwanie. Skąd brać na to pieniądze? Prawda jest taka, że nikt się nie obrazi, jeśli w polskim budżecie 2020 roku pojawi się deficyt. Jego planowany brak i tak był w pewnym sensie fikcją, bo wiązał się albo z przerzucaniem kosztów na inne podmioty sektora finansów publicznych, albo wynikał z jednorazowych zdarzeń. Nie mówiąc już o nierealnej prognozie wzrostu PKB. O tej fikcji możemy już zapomnieć. Budżet na 2020 będzie znowelizowany i będzie miał deficyt. Moim zdaniem i tak by się to stało, ale teraz w związku z koronawirusem łatwo to uzasadnić.
Bardzo ciekawie wygląda sytuacja, jeśli chodzi o stopy procentowe. Inflacja w lutym znowu wzrosła i osiągnęła 4,7% w ujęciu rocznym. Dawno nie była tak wysoka, ale nie jest to zaskoczenie. Przynajmniej nie dla mnie. Z drugiej strony wiemy, że koronawirus wyhamuje gospodarkę, w dodatku załamał się, bo chyba można użyć takiego sformułowania, rynek ropy. To są czynniki hamowania wzrostu cen w przyszłości. Nie można zatem wykluczyć, że Rada Polityki Pieniężnej nie będzie miała oporów przed obniżeniem stóp procentowych. Na razie, na dzisiaj, niewiele to zmieni. W tej chwili walczymy z epidemią i obniżka stóp z pewnością nie przekona nas do wzięcia kredytu, jeśli o tym nie myśleliśmy jeszcze kilka tygodni temu. Ale jeśli ktoś już ten kredyt wziął, to będzie mniej płacił. Zawsze coś. Jednak, jak wspomniałem, to nie jest teraz najważniejsze. Teraz trzeba ratować płynność. Co innego w USA, nie tylko ze względów psychologicznych, ale także realnych. Choćby w kontekście kosztu pieniądza i jego wpływu na rynek kapitałowy, odgrywający zdecydowanie większą rolę, niż w innych częściach świata.
Jeśli Państwo śledzicie moje felietony to wiecie, że pod koniec zeszłego roku w odniesieniu do roku 2020 byłem zdecydowanie bardziej pesymistyczny, niż większość moich kolegów. Zakładałem, że w wzrost gospodarczy będzie wyraźnie niższy, niż 3%. A zatem o dobry punkt procentowy gorszy od założeń budżetowych. Ale tak myślałem wtedy, kiedy nie mieliśmy jeszcze pojęcia o koronawirusie. Jeśli zakładałem 2,5% wzrostu, a teraz dochodzi nam efekt pandemii, to w pesymistycznej wersji możemy zobaczyć w Polsce po raz pierwszy od momentu zmian ustrojowych recesję. Recesję, czyli dwa kwartały ujemnego wzrostu PKB, zwijania się gospodarki. To wersja pesymistyczna, ale dzisiaj już nie nierealna. Co z tego będzie wynikało dla przeciętnego Polaka?
Choćby po raz pierwszy od sześciu lat wzrost bezrobocia, a w konsekwencji wyhamowanie wzrostu płac. To i tak by się stało, przynajmniej moim zdaniem, bo już 2019 rok pokazywał na przykład zdecydowanie gorszą sytuację, jeśli chodzi o tworzenie nowych miejsc pracy. Ale teraz proces przyspieszy. Jak to się ma do rządowego programu podwyższania płacy minimalnej? Więcej o tego typu konsekwencjach za tydzień.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o